Donald Trump opublikował w nocy na Truth Social kolejny wygenerowany przez sztuczną inteligencję materiał, w którym wciela się w lekarza diagnozującego u swoich krytyków „Trump Derangement Syndrome”. To już kolejny w tym roku przypadek, gdy prezydent USA używa deepfake’ów do publicznego ośmieszania przeciwników.
Kluczowe fakty:
- Donald Trump opublikował na platformie Truth Social 90-sekundowy klip wygenerowany przez AI, w którym wciela się w lekarza diagnozującego u swoich krytyków „Trump Derangement Syndrome" (TDS).
- W materiale pojawiają się deepfake'i znanych krytyków prezydenta, w tym Whoopi Goldberg, Rosie O'Donnell, Roberta De Niro, Julii Roberts, Edwarda Nortona i Johna Leguizamo.
- Nagranie pozostaje dostępne na koncie prezydenta bez żadnego oznaczenia wskazującego na jego sztuczne pochodzenie.
90-sekundowy klip pojawił się na koncie prezydenta tuż przed północą, wciśnięty między dwa inne materiały z Białego Domu: jeden chwalący jego sukcesy, drugi prezentujący nowy samolot Air Force One przejęty od Kataru. W tym kontekście wideo z Trumpem jako lekarzem wygląda jak żart wstawiony między oficjalne komunikaty, choć nic w nim nie jest oznaczone jako żart.
Co dokładnie pokazuje wideo
Deepfake przedstawia prezydenta w białym fartuchu lekarskim ze stetoskopem. Podrobiony głos, imitujący sposób mówienia Trumpa, pyta widza: „Have you or someone you know been diagnosed with TDS?”. TDS to skrót, którym prezydent regularnie określa swoich najostrzejszych krytyków: Trump Derangement Syndrome, czyli w wolnym tłumaczeniu „syndrom trumpowego obłędu”.
Sztuczny Trump przedstawia się jako lekarz z gotowym „planem leczenia”, po czym wideo przechodzi do rzekomych pacjentów. Są to deepfake’i znanych krytyków prezydenta: prowadzących programy telewizyjne Whoopi Goldberg i Rosie O’Donnell, a także aktorów Roberta De Niro, Julii Roberts, Edwarda Nortona i Johna Leguizamo. Po serii sfabrykowanych „rekomendacji” od tych postaci materiał wraca do wygenerowanego Trumpa, który namawia widzów, by „wyłączyli fake newsy” i „po prostu wypili Diet Coke, tak jak on”.
Nagranie znalazłem na koncie prezydenta na Truth Social, gdzie pozostaje dostępne bez żadnego oznaczenia wskazującego na pochodzenie AI.
Oglądam to wideo i zastanawiam się, gdzie właściwie przebiega dziś granica między żartem prezydenckim a materiałem, który w Europie już za kilka tygodni byłby prawnie wymagany do oznaczenia jako sztucznie wygenerowany. Trump ma prawo do poczucia humoru, nawet złośliwego. Ale kiedy głowa państwa regularnie publikuje deepfake’i przedstawiające żyjące osoby w sfabrykowanych sytuacjach, bez żadnego disclaimeru, to nie jest już tylko kwestia estetyki czy gustu. To pytanie o to, jaki standard ustawia najbardziej widoczny użytkownik mediów społecznościowych na świecie. Krytycy Trumpa nie mają realnej możliwości odpowiedzi na fałszywe słowa włożone im w usta przez algorytm, a widzowie, którzy trafią na ten klip bez kontekstu, nie mają żadnej wskazówki, że patrzą na fikcję. Jednocześnie trudno oczekiwać, że administracja, która sama czerpie polityczne korzyści z tej technologii, zacznie się nagle domagać jej regulacji.
Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl
Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni
Seria kontrowersyjnych postów AI ciągnie się za Trumpem od miesięcy. Największą burzę wywołał w kwietniu obraz przedstawiający prezydenta jako Jezusa Chrystusa, opublikowany w trakcie jego sporu z papieżem Leonem XIV. Zdjęcie wywołało falę krytyki nawet wśród sojuszników z partii republikańskiej i konserwatywnych środowisk ewangelickich. Konserwatywna komentatorka Megan Basham nazwała to „oburzającym bluźnierstwem” i zażądała przeprosin. Trump usunął post, ale nie przeprosił, tłumacząc dziennikarzom, że obraz miał przedstawiać go jako lekarza związanego z Czerwonym Krzyżem, a całą sprawę złożył na karb „fake newsów”.
Kilka dni później prezydent opublikował kolejny obraz AI, tym razem przedstawiający go w objęciach z Jezusem na tle amerykańskiej flagi, nazywając go „całkiem miłym”. W maju doszło do serii postów atakujących Baracka Obamę i innych demokratów przy pomocy generowanych obrazów, a wcześniej pojawiły się materiały pokazujące prezydenta i członków jego gabinetu pływających w odnowionym basenie odbiciowym przy Lincoln Memorial.
Wspólnym mianownikiem tych wszystkich publikacji jest brak jakiegokolwiek oznaczenia, że treść powstała przy użyciu AI, oraz publikowanie ich w późnych godzinach nocnych, co samo w sobie stało się przedmiotem komentarzy w amerykańskich mediach.
Deepfake’i jako nowa normalność w polityce amerykańskiej
To zjawisko wykracza już dawno poza pojedyncze incydenty. Analitycy śledzący kampanię przed listopadowymi wyborami do Kongresu zwracają uwagę, że deepfake’i stały się w tym cyklu wyborczym powszechnym narzędziem obu stron sceny politycznej, choć strona republikańska sięga po nie częściej. Krajowy Komitet Senacki Republikanów opublikował w marcu materiał pokazujący demokratycznego kandydata do Senatu z Teksasu, Jamesa Talarico, jak rzekomo czyta własne, sprzed lat, wpisy w mediach społecznościowych. Oznaczenie „AI Generated” pojawiło się w rogu ekranu drobnym druku, łatwym do przeoczenia.
Federalna Komisja Wyborcza pozostaje podzielona wzdłuż linii partyjnych i nie ustaliła jasnych zasad dotyczących wykorzystania AI w reklamie politycznej. Federalna Komisja Łączności zakazała wprawdzie generowanych przez AI głosów w robocallach, ale zakaz nie obejmuje reklam cyfrowych, telewizyjnych ani treści w mediach społecznościowych. W efekcie w Stanach Zjednoczonych funkcjonuje dziś regulacyjna próżnia, którą wypełnia patchwork niejednolitych przepisów stanowych, często kwestionowanych na drodze konstytucyjnej.
Kilka elementów tłumaczy, dlaczego ta technologia rozprzestrzenia się tak szybko:
- generatory wideo eliminują większość dawnych błędów technicznych, które kiedyś zdradzały sztuczne pochodzenie materiału
- narzędzia stały się dostępne praktycznie dla każdego posiadacza smartfona, bez potrzeby specjalistycznej wiedzy
- platformy społecznościowe, w tym Meta i X, zrezygnowały z profesjonalnego fact-checkingu na rzecz notatek dodawanych przez użytkowników
- badania psychologiczne pokazują, że nawet ostrzeżenie o sztucznym pochodzeniu materiału nie eliminuje w pełni jego wpływu na odbiorcę
Co to oznacza dla polskich firm i europejskich odbiorców
Dla europejskiego, w tym polskiego, rynku medialnego i reklamowego ten przypadek ma konkretne znaczenie praktyczne, bo od 2 sierpnia 2026 roku zaczynają obowiązywać przepisy przejrzystości z artykułu 50 unijnego AI Act. Nakładają one na dostawców i podmioty wdrażające systemy generatywnej AI obowiązek oznaczania treści syntetycznych, a w przypadku deepfake’ów, czyli materiałów przedstawiających realne osoby w sposób który mógłby zostać wzięty za autentyczny, obowiązek jasnego poinformowania odbiorcy o sztucznym pochodzeniu. Kary za naruszenia mogą sięgnąć 15 milionów euro lub 3 procent globalnego rocznego obrotu firmy, w zależności od tego, która kwota jest wyższa.
Dla polskich redakcji, agencji marketingowych i firm publikujących treści dla unijnych odbiorców oznacza to konieczność przeglądu wszystkich materiałów wideo, obrazów i tekstów tworzonych przy pomocy AI pod kątem obowiązku etykietowania. Materiał w rodzaju tego, który opublikował Trump, gdyby powstał i był dystrybuowany w Unii Europejskiej po 2 sierpnia, musiałby zawierać czytelne oznaczenie już od pierwszego kontaktu odbiorcy z treścią, a nie ukryte w regulaminie czy na końcu opisu. Komisja Europejska pracuje równolegle nad jednolitym unijnym symbolem oznaczającym treści AI, na razie proponowane są skrótowe oznaczenia w rodzaju „AI” czy „KI”.
Warto też zauważyć, że casus prezydenta USA pokazuje coś, czego żadna regulacja sama nie rozwiąże: nawet jasne oznaczenie treści jako fałszywej nie gwarantuje, że odbiorca zapamięta ją jako fikcję, a nie fakt. To problem, z którym europejscy regulatorzy dopiero zaczynają się mierzyć w praktyce.
Źródła i metodologia
Artykuł powstał na podstawie analizy redakcji AIPORT.pl oraz materiału źródłowego Forbes z dnia 02.07.2026, a także dodatkowych źródeł: Washington Post, ABC News, NBC News, The American Prospect, U.S. News oraz Bratby Law. Cytaty przywoływane w artykule zostały zweryfikowane z oryginalnym anglojęzycznym materiałem źródłowym. Komentarz redakcyjny i ocena kontekstu branżowego: Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl. Artykuł będzie aktualizowany w miarę pojawiania się nowych informacji w temacie wykorzystania AI w polityce amerykańskiej oraz wdrażania unijnych przepisów o przejrzystości treści syntetycznych.
