LinkedIn ogłosił nowy pakiet działań wymierzonych w treści generowane automatycznie i komentarze tworzone przez boty. Platforma należąca do Microsoftu zamierza ograniczać zasięgi postów, które wyglądają na produkt sztucznej inteligencji i nie wnoszą żadnej oryginalnej perspektywy.
Kluczowe fakty:
- LinkedIn wprowadza nowe działania przeciwko treściom generowanym przez AI, w tym ograniczenie zasięgów postów bez autorskiej perspektywy oraz mechanizmy wykrywające zautomatyzowane komentarze.
- Według analizy Originality AI pod koniec 2024 roku ponad połowa długich postów na LinkedIn była prawdopodobnie napisana przez sztuczną inteligencję, a skala zjawiska stale rośnie.
- Platforma dodaje filtry pozwalające użytkownikom zawężać wyniki do treści z profili zweryfikowanych, co ma przeciwdziałać wzrostowi botowych kont z fałszywymi tożsamościami.
Informację przekazała Laura Lorenzetti, Global Editorial VP w LinkedIn, w poście opublikowanym na samej platformie. Decyzja zapada w momencie, w którym serwis tonie w treściach pisanych przez modele językowe. Według analizy Originality AI już pod koniec 2024 roku ponad połowa długich postów na LinkedIn była prawdopodobnie napisana przez AI. Od tamtego czasu skala zjawiska tylko rosła.
Co konkretnie się zmieni
Lorenzetti wymieniła trzy główne kierunki działań, które LinkedIn już wdraża albo właśnie wprowadza:
- ograniczenie zasięgów treści, które wyglądają na wygenerowane przez AI i nie zawierają wyraźnej, autorskiej perspektywy,
- nowe mechanizmy wykrywające zautomatyzowane i pisane przez modele językowe komentarze, z którymi platforma walczy już od dłuższego czasu,
- dodatkowe filtry pozwalające użytkownikom zawężać wyniki wyłącznie do treści pochodzących z profili zweryfikowanych, co ma odpowiadać na lawinowy wzrost liczby botowych kont z fałszywymi tożsamościami.
Sama Lorenzetti formułuje to dość bezpośrednio: „When AI is overused, especially at scale and in an automated way, it dilutes the valuable insights that real human conversations can spark. It’s ok to use AI to help you write, but your posts and comments need to represent your voice and your perspectives. The ultimate value comes from the human behind the tool” / „Gdy AI jest nadużywane, zwłaszcza na dużą skalę i w sposób zautomatyzowany, rozwadnia wartościowe wnioski, które potrafią rodzić się tylko z prawdziwych ludzkich rozmów. Można używać AI do pomocy w pisaniu, ale posty i komentarze powinny oddawać twój głos i twoją perspektywę. Ostateczna wartość pochodzi od człowieka stojącego za narzędziem”.
„AI rozwiązujące AI”
Najciekawszy jest sam mechanizm wykrywania. LinkedIn przyznaje, że stawia na podejście, które Lorenzetti nazywa „AI solving AI” – czyli sztuczna inteligencja rozpoznająca sztuczną inteligencję. System uczy się rozpoznawać schematy: typowe frazy, powtarzalne konstrukcje, charakterystyczne klisze typu „it’s not X, it’s Y”, a także posty zbudowane wokół haczyka, trzech bullet pointów i frazesu o przywództwie.
Klucz to ręczna praca redaktorska. Zespoły edytorskie LinkedIn etykietują tysiące postów jako generyczne lub oryginalne, a model uczy się rozróżniać jedne od drugich. Ważne zastrzeżenie: posty oznaczone jako „AI slop” nie znikają. Po prostu nie pojawiają się w rekomendacjach, wyszukiwarce i powiązanych feedach. Dla bezpośrednich kontaktów i obserwujących pozostają widoczne.
Lorenzetti potwierdza zresztą skalę problemu liczbami. Tworzenie treści na LinkedIn rośnie rok do roku o 14 procent. „AI can really help people unlock content creation. But it also means that a lot of people can produce a lot of very low-quality content” / „AI naprawdę pomaga ludziom odblokować tworzenie treści. Ale oznacza to też, że bardzo wielu ludzi może produkować bardzo dużo treści bardzo niskiej jakości”.
Komentarz redakcyjny
Mam z tym ruchem LinkedIn duży problem natury logicznej, ale też duże zrozumienie dla intencji. Z jednej strony platforma sama zachęcała użytkowników do generowania treści. Wbudowała przycisk „Rewrite with AI” prosto w okno tworzenia posta, dorzuciła generatory profili, podsumowań kandydatów i ofert pracy. Z drugiej teraz mówi: tak, ale nie tak. Korzystaj, ale z umiarem. Trochę jakby producent fast foodu zaczął nas pouczać o zdrowym odżywianiu.
Rozumiem jednak, dlaczego LinkedIn to robi. Jeśli ponad połowa długich postów rzeczywiście jest pisana przez modele językowe, to wartość samej platformy się rozsypuje. Sieć biznesowa, w której boty komentują posty napisane przez inne boty, przestaje być siecią biznesową. Staje się symulacją.
Pytania, które warto sobie zadać, są jednak głębsze. Czy algorytm faktycznie potrafi odróżnić eksperta korzystającego z AI do oszlifowania własnej myśli od kogoś, kto klika „wygeneruj” i wkleja? Czy mechanizm „AI solving AI” nie skończy się tym, że najbardziej ucierpią osoby piszące po angielsku jako drugim języku, bo ich składnia wyda się modelowi „za czysta”? I czy w praktyce nie wymusi to na twórcach kolejnej rundy gry z algorytmem, tym razem o pozorowanie naturalności?
Najbardziej martwi mnie jedno. Ten paradoks nie jest problemem wyłącznie LinkedIna. Każda duża platforma społecznościowa zainwestowała w generatywne AI i każda jednocześnie musi teraz walczyć z konsekwencjami. To rozdwojenie jaźni będzie się tylko pogłębiać.
Paradoks, którego nie da się obejść
Andrew Hutchinson z Social Media Today trafnie wskazuje sedno sprzeczności. LinkedIn jest jednocześnie platformą zachęcającą do używania AI i platformą próbującą dyktować, jak wolno z tej AI korzystać. Asystenci sztucznej inteligencji pojawili się w niemal każdym module aplikacji – od tworzenia profilu, przez generowanie postów, po wybór kandydatów do pracy.
Trudno w takim środowisku oczekiwać od użytkowników wstrzemięźliwości. Skoro narzędzie jest pod ręką, skoro jest darmowe i działa szybciej niż pisanie z głowy, większość ludzi po prostu z niego skorzysta. Bez głębszego namysłu nad tym, co jest jej własną myślą, a co stylem, który najlepiej rezonuje z algorytmem.
Co to oznacza dla firm i twórców
Wnioski praktyczne są dość jasne. Profile firmowe od dawna mają mniejsze zasięgi niż konta indywidualne i ten trend się umacnia. Posty od pracowników dzielących się autentyczną perspektywą zawodową konsekwentnie wygrywają z komunikatami pisanymi pod marką. Programy employee advocacy zyskują więc na znaczeniu, ale pod warunkiem, że nie zostaną zautomatyzowane do granic absurdu.
Co do samych użytkowników. Korzystanie z AI nie jest zakazane i nie będzie karane samo w sobie. Karany będzie efekt: tekst bez tezy, bez kontekstu, bez konkretu. Algorytm LinkedIn nauczył się rozpoznawać, kiedy ktoś naprawdę coś mówi, a kiedy tylko wypełnia przestrzeń.
Brzmi sensownie. Tyle że to ta sama platforma, która wciąż dorzuca kolejne funkcje generatywne. Następne miesiące pokażą, czy ten dualizm da się utrzymać w praktyce, czy okaże się tylko marketingowym chwytem mającym uspokoić użytkowników zmęczonych zalewem syntetycznych treści.
