Negocjacje w sprawie europejskich gigafabryk sztucznej inteligencji dobiegają końca. Wiceminister cyfryzacji Dariusz Standerski potwierdził, że Polska, Czechy i Litwa nadal współpracują w projekcie Baltic AI GigaFactory i że już w lipcu Komisja Europejska ogłosi nabór wniosków. To dobra wiadomość, bo przez ostatnie miesiące ten projekt przechodził przez poważne turbulencje, które o mało nie rozsadziły całego konsorcjum.
Kluczowe fakty:
- Komisja Europejska ogłosiła w lutym 2025 roku program AI Gigafactories zakładający budowę co najmniej pięciu wielkich ośrodków obliczeniowych, finansowanych z funduszu InvestAI z pulą 20 miliardów euro.
- Polska jako lider konsorcjum złożyła wniosek dotyczący Baltic AI GigaFactory wraz z Litwą, Łotwą i Estonią, a po dołączeniu Czech infrastruktura mogłaby objąć nawet 50 000 GPU.
- Pod koniec 2025 roku Komisja Europejska zmieniła zasady projektu, planując przetarg skierowany głównie do firm z dopuszczeniem big techów, co wywołało sprzeciw koalicji siedmiu państw członkowskich, w tym Polski, Francji i Niemiec.
Skąd w ogóle wzięły się gigafabryki
Żeby zrozumieć, o co toczy się gra, trzeba cofnąć się do lutego 2025 roku. Wtedy Komisja Europejska ogłosiła program AI Gigafactories: plan budowy pięciu, a może i więcej, wielkich ośrodków obliczeniowych zdolnych do trenowania największych modeli sztucznej inteligencji. Całość finansowana z unijnego funduszu InvestAI, z pulą 20 miliardów euro (około 85 mld złotych). Cel był jasny: uniezależnić Europę od infrastruktury obliczeniowej budowanej przez amerykańskie i chińskie firmy.
Polska szybko zorientowała się, że to szansa. W czerwcu 2025 r. jako lider konsorcjum złożyła do KE wniosek dotyczący Baltic AI GigaFactory, razem z Litwą, Łotwą i Estonią. Pomysł zakładał dwa powiązane ze sobą ośrodki obliczeniowe, główną lokalizację w Polsce i jeden z węzłów za granicą. KE przyjęła zgłoszenie w lipcu. Kilka miesięcy później do projektu dołączyły Czechy, co otworzyło możliwość rozbudowania infrastruktury nawet do 50 000 GPU.
Komisja zmieniła zasady. Koalicja odpowiedziała
I tu zaczęły się schody. Pod koniec 2025 r. Komisja Europejska ogłosiła zmianę koncepcji: zamiast konkursu dla państw i konsorcjów naukowo-biznesowych, zaplanowała europejski przetarg skierowany głównie do firm. Państwa członkowskie miały z góry wyłożyć pieniądze na gigafabrykę w swoim kraju, zanim jeszcze przetarg by się odbył. I co ważne: z budowy nie byłyby wykluczone big techy.
Ta decyzja wywołała sprzeciw. Zawiązała się koalicja siedmiu państw: Polska, Francja, Niemcy, Czechy, Litwa, Hiszpania i Szwecja. Wspólnie domagały się powrotu do pierwotnych zasad albo przynajmniej sensownego kompromisu. Łotwa i Estonia uznały, że nowe warunki są dla nich nie do zaakceptowania, i wycofały się z projektu bałtyckiego.
To trudny moment dla całej inicjatywy. Z jednej strony rozumiem, dlaczego Komisja chciała otworzyć projekt na rynek: prywatny kapitał i technologiczna konkurencja mogą przyspieszyć budowę i obniżyć koszty. Z drugiej jednak mam poważne wątpliwości, czy infrastruktura obliczeniowa o strategicznym znaczeniu dla całej Europy powinna być projektowana i zarządzana przede wszystkim przez korporacje. Pytanie, kto będzie miał realną kontrolę nad tym, co w tych gigafabrykach będzie przetwarzane i jak będą ustalane priorytety dostępu, jest pytaniem politycznym, nie tylko technicznym. Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl
Kompromis: europejskie firmy w roli lidera, reszta mile widziana
Standerski poinformował, że stronom udało się wypracować porozumienie. Według uzgodnionego modelu do przetargu będą mogły przystępować europejskie firmy i konsorcja jako główne podmioty. Jednocześnie w konsorcjach będą mogły uczestniczyć przedsiębiorstwa spoza Unii Europejskiej, pod warunkiem że cała infrastruktura i przetwarzanie danych pozostaną na terenie Wspólnoty. To klasyczny unijny kompromis: niby otwartość rynkowa, ale z gwarancjami suwerenności danych.
Finansowanie będzie działać na zasadzie „wykupu mocy obliczeniowej”: im więcej kraj zainwestuje, tym większy dostęp do zasobów otrzyma po uruchomieniu gigafabryki. Kraje o mniejszych budżetach mogą wejść do projektu z symbolicznym wkładem, żeby nie stracić miejsca przy stole podczas drugiej fazy finansowania (po 2030 r.).
Standerski szacuje, że ostatecznie w Europie może powstać nie pięć, ale siedem albo osiem takich obiektów.
Do czego w ogóle mają służyć gigafabryki
Uczciwie powiedzmy: to nie jest projekt dla małych i średnich firm. Wiceminister expressis verbis zaznaczył, że gigafabryki będą przeznaczone dla konkretnych, strategicznych inicjatyw, zarówno prywatnych, jak i publicznych. Wśród przykładów wymienił:
- rozwiązania AI dla wojska i obronności,
- modele zarządzania łańcuchem dostaw i finansami dla dużych przedsiębiorstw,
- wirtualnych asystentów dla administracji publicznej: nauczycieli, urzędników, policjantów.
Gigafabryka ma być bodźcem dla rynku, a nie zastępować całą infrastrukturę cyfrową. To ważne rozróżnienie, bo w debacie publicznej projekt bywa prezentowany jako panaceum na wszelkie potrzeby polskich firm z obszaru AI.
Co z pieniędzmi Polski
Na konkretne kwoty wciąż za wcześnie. Standerski pytany przez PAP o wysokość polskiego wkładu odpowiedział dyplomatycznie: decyzja zostanie podjęta, gdy KE zatwierdzi wszystkie dokumenty programu. Dodał jednak, że „Polska umie inwestować w innowacje”. Cóż, zobaczymy.
Pierwszy pakiet dokumentów dotyczących kompromisowego modelu został już roboczo zaakceptowany przez państwa i Komisję. Strony pracują nad kolejnymi dwoma, dotyczącymi kwestii przetargowych i technicznych. Komisja Europejska ogłosi nabór wniosków w lipcu tego roku, a sama budowa pierwszych gigafabryk mogłaby ruszyć najwcześniej w 2027 r.
Baltic AI GigaFactory to projekt o budżecie 3 mld euro, z czego 65 proc. ma pochodzić z sektora prywatnego, a 35 proc. z publicznego. W tej drugiej puli połowę mają zapewnić kraje konsorcjum, a połowę Komisja Europejska. Wśród planowanych lokalizacji jest pięć miejsc w Polsce, jest też Praga jako drugi węzeł. Obie lokalizacje miałyby być połączone światłowodami.
Polska liczy też na to, że projekt przyspieszy rozwój rodzimych modeli językowych, PLLuM i Bielik, oraz integrację AI z usługami administracji publicznej. Przynajmniej takie intencje deklaruje Ministerstwo Cyfryzacji.
