O narzędziach AI dla nauczycieli pisze się zwykle w konwencji listy: dziesięć aplikacji, przy każdej trzy zalety. Ta rozmowa jest inna, bo zapytaliśmy o rzeczy, o których twórcy narzędzi edukacyjnych mówią niechętnie.
Kluczowe fakty:
- EduHero to polska platforma edukacyjna, która na podstawie jednego tematu generuje komplet materiałów do lekcji – od tekstów z ćwiczeniami, przez fiszki z lektorem i quizy na żywo, po piosenki z karaoke i projekty grupowe.
- Platforma nie pobiera abonamentu od nauczycieli – rozliczenie odbywa się wyłącznie za faktycznie zużyte zasoby AI, w cenach od 0,04 zł za grę do 0,30 zł za słuchankę, a cały kurs kosztuje kilka złotych.
- Po roku działania platforma zgromadziła 4256 lekcji, 2365 zestawów fiszek i 78 kursów, a łączna liczba wywołań AI wyniosła 248 484; jako silnik językowy wykorzystywany jest model Gemini.
Co sprzedaje firma, która nie zbudowała własnego modelu. Dlaczego jej twórca uważa, że era podręcznika kupowanego dla każdego ucznia dobiega końca. Dlaczego świadomie nie buduje AI, która rozmawia z uczniem głosem, choć technicznie mógłby. I na czym polegał błąd w liczeniu kosztów AI, który — jak podejrzewa nasz rozmówca — ma dziś w księgach spora część polskich firm budujących na modelach językowych.
Kluczowe fakty
- EduHero to polska platforma, w której z jednego tematu powstaje komplet materiałów do lekcji: tekst z ćwiczeniami i grami, a w kilku kliknięciach dalej fiszki z lektorem, quiz na żywo, słuchanka, piosenka z wersją karaoke, lukami i tłumaczeniami jeśli to język obcy oraz rozmówki i projekty do pracy w parach i grupach. Zadania zamknięte sprawdzają się automatycznie, uczniowie mają własne konta.
- Platforma nie ma abonamentu dla nauczycieli — płacą wyłącznie za realnie zużyte AI, od 0,04 zł za grę do 0,30 zł za słuchankę. Cały kurs to kilka złotych. Nauczyciel może jednocześnie na platformie zarabiać, udostępniając swoje materiały uczniom za cenę, którą ustala sam.
- Rozmówca: Dariusz Sochacki, twórca EduHero, z zawodu nauczyciel. W bazie: 4256 lekcji, 2365 zestawów fiszek, 78 kursów, 248 484 wywołania AI. Pierwsza lekcja wygenerowana 4 sierpnia 2025 — platforma ma za sobą rok pracy z żywymi nauczycielami i nauczycielkami oraz uczniami indywidualnymi oraz grupami, na żywo i online.
1. [AIPORT.pl] Nie zbudowaliście własnego modelu — pod spodem pracuje Gemini. Co w takim razie sprzedajecie?
[Dariusz Sochacki]: Model zwraca tekst. Nie zwraca sprawdzianu, który sam się sprawdza, kont uczniów, nagranego lektora, gry na tablicę ani kart do rozdania w klasie. Cała droga od tekstu do lekcji, która faktycznie się odbywa, leży poza modelem — i to jest droga, którą przechodzimy za nauczyciela. To jest odpowiedź na Państwa pytanie w jednym zdaniu.
Druga część jest mniej oczywista i dotyczy tego, co się dzieje, zanim model odpowie.
Model językowy działa dokładnie tak dobrze, jak dobrze ktoś potrafi go użyć. To nie slogan, tylko obserwacja, którą każdy zrobi sam: dwie osoby pytają ten sam model o to samo i dostają materiał różniący się o klasę. Różnicę robi wiedza o tym, jak zbudować polecenie — a nasze polecenia wewnętrzne pisał praktyk. Ktoś, kto prowadził lekcje, wie, czym różni się ćwiczenie sprawdzające rozumienie od sprawdzającego pamięć, ile zadań mieści się w czterdziestu pięciu minutach i dlaczego pytanie otwarte postawione w określony sposób nie zadziała w klasie siódmej. Tego nie da się wymyślić przy biurku i nie zastąpi tego lepszy model.
Nauczyciel korzystający z czatu samodzielnie musi tę wiedzę mieć albo dojść do niej metodą prób. Zwykle dochodzi — po kilkunastu godzinach eksperymentów, których nikt mu nie policzy i nie zwróci. My te godziny mamy przepracowane i zamknięte w produkcie.
2. [A] Co konkretnie dostaje nauczyciel z jednego polecenia, a co wymaga dalszej pracy?
[DS] Rozdzielę to uczciwie, bo w tej branży bardzo się tę granicę zamazuje.
Z jednego polecenia powstaje lekcja: tekst z ćwiczeniami w liczbie i rodzaju, które nauczyciel wybrał, plus grafiki, jeśli je zaznaczył. Do tego dochodzą dwie darmowe gry losowane z ośmiu typów — od wykreślanki i krzyżówki po grę detektywistyczną. Nauczyciel może dogenerować pozostałe sześć, jeśli chce.
W kilku kliknięciach dalej są rzeczy, których nie robimy automatycznie, bo nie każdy ich potrzebuje i każda kosztuje: fiszki z lektorem i grafiką, słuchanka, rozmówki, projekt zespołowy. Osobno jest quiz na żywo w formule, którą wszyscy znają z Kahoota — ten jest zawsze darmowy, bo nie generuje niczego nowego, tylko układa pytania z ćwiczeń, które już w lekcji są.
Prawdziwa automatyzacja jest w kursach i tam ta różnica robi się dramatyczna. Nauczyciel wybiera temat i liczbę lekcji — od czterech do trzydziestu, albo zostawia decyzję modelowi. Do każdej lekcji może powstać własny zestaw fiszek i własne gry. Minuta klikania daje kilkanaście lekcji z obudową, czyli materiał na wiele tygodni pracy klasy, zróżnicowany i multimodalny. To kosztuje kilka złotych zamiast kilkunastu groszy — kalkulator na naszym cenniku pokazuje 6,45 zł za kurs piętnastolekcyjny z grami. Uważam, że to jedyne miejsce w tym wywiadzie, gdzie liczba mówi więcej niż opis.
3. [A] Jeśli nauczyciel potrzebuje po prostu scenariusza na jutro i chce go wydrukować — to zadanie dla czatu czy dla Was?
[DS] Dla nas, i to jest odpowiedź, którą rok temu dałbym inaczej.
Lekcję, słuchankę, rozmówki, projekt i program kursu można u nas wydrukować albo zapisać jako PDF, a lekcję i aktywność off-screen dodatkowo pobrać jako plik Worda. Arkusz lekcji ma przełącznik klucza odpowiedzi, więc nauczyciel drukuje wersję dla uczniów i wersję dla siebie. To nie jest dodatek doklejony do materiału — to ten sam materiał w innym formacie.
Różnica wobec czatu nie polega na tym, że czat tego nie potrafi, tylko na tym, ile pracy zostaje po jego stronie. Odpowiedź z czatu trzeba skopiować, sformatować, poskładać w dokument, zwykle poprawić, bo model przy trzecim ćwiczeniu zgubił poziom klasy, i dopiero wtedy wydrukować. U nas ten etap nie istnieje.
Koszt wejścia to założenie konta i rozejrzenie się po interfejsie — kilkanaście minut, raz. Jest jedno realne ograniczenie i powiem je wprost, bo to uczciwa różnica: u nas format jest półotwarty. Nauczyciel wybiera typ materiału, poziom, długość, liczbę i rodzaj ćwiczeń, ale nie ma pełnej dowolności czystego czatu. Tylko za tę dowolność się płaci — brakiem powtarzalności między jednym materiałem a drugim i czasem spędzonym na poprawkach. Wybór sprowadza się do tego, czy chce się nieograniczonej swobody, czy przewidywalnego wyniku.
4. [A] Wspomniał Pan o rozmówkach i projektach. To lekcja bez ekranów?
[DS] To lekcja, w której ekran przestaje być miejscem, gdzie coś się dzieje, i staje się tym, czym powinien być — sposobem rozdania materiału.
Nauczyciel wyświetla kod QR, uczniowie skanują go telefonami i wpisują imię. Nie zakładają kont, nie logują się, nie podają nazwiska. System sam dzieli klasę na pary albo na grupy trzy- do sześcioosobowej i każdemu uczniowi wysyła na jego własny telefon dokładnie to, co jego dotyczy: jego rolę, jego kontekst, jego zadanie, jego podpowiedzi. Uczeń widzi swoją kartę i tylko swoją — to jest zresztą pilnowane po stronie serwera, każdy może odczytać wyłącznie własną rolę.
Przy rozmówkach powstaje osiem par sytuacji i każdy z dwojga uczniów dostaje inną połowę, z informacją, kto zaczyna rozmowę. Przy projekcie grupa dostaje sześć różnych ról, a każda rola inny wycinek danych — więc grupa fizycznie nie skończy zadania, jeśli się nie wymieni informacjami. Nauczyciel widzi na swoim ekranie, kto dołączył i kto jest w której grupie, może jednym przyciskiem przetasować skład i zrobić kolejną rundę, a spóźnialscy dostają wolne miejsce bez rozwalania reszty.
I teraz najważniejsze: co w tym czasie robi nauczyciel. Nie rozdaje kartek, nie liczy grup, nie tłumaczy po raz czwarty, kto z kim. Chodzi po klasie i robi to, czego żadna technologia nie zrobi — podpowiada, obserwuje, motywuje, wyłapuje tych, którzy utknęli. Tę robotę zabierała mu dotąd organizacja zajęć, a nie brak kompetencji.
Karty do wydrukowania z linią cięcia nadal są, dla tych, którzy wolą papier albo mają klasę bez telefonów. Ale to jest opcja, nie główna droga.
5. [A] EdTool generuje ćwiczenia wprost z podręcznika nauczyciela. To Wasza słabsza strona?
[DS] Do niedawna tak było. Dziś nauczyciel wgrywa u nas plik — PDF, dokument Worda, ODT, RTF, zwykły tekst albo zdjęcie strony — i na tej podstawie powstaje cały kurs. Dokument konwertujemy u siebie na serwerze, nie w zewnętrznej usłudze, bo to bywa cudza własność albo materiał wewnętrzny szkoły. Nie jest to natychmiastowe: zlecenie trafia do kolejki, a nauczyciel dostaje maila, gdy sylabus jest gotowy.
Ale mam w tej sprawie zdanie mocniejsze niż „my też to potrafimy” i chętnie się o nie pokłócę.
Podręcznik jest odpowiedzią na ograniczenie, które przestało istnieć. Kupujemy go dla każdego ucznia, bo kiedyś nie dało się inaczej dostarczyć trzydziestu osobom tej samej, sprawdzonej treści. Dziś tej samej klasie można tworzyć materiał na bieżąco: pod jej poziom, pod jej tempo, pod to, co akurat nie weszło. Materiał, który mówi, śpiewa, sam się sprawdza i przy okazji rozpisuje pracę w parach i grupach z podziałem na role. Podręcznik tego nie robi i nie zrobi, bo powstał rok albo dwadzieścia lat wcześniej i został uśredniony dla wszystkich naraz — a materiał uśredniony jest z natury średnio trafiony dla większości.
Znam kontrargument i jest poważny: podręcznik jest sprawdzony, a model bywa niepewny. Dlatego przy tworzeniu kursu można włączyć weryfikację faktów w internecie — model pisze tekst na podstawie znalezionych źródeł, a my te źródła zapisujemy i pokazujemy. Zaznaczę od razu, żeby nie obiecywać więcej, niż to robi: jest to dziś dostępne przy tworzeniu kursu, włączane osobno dla każdej lekcji, i nie jest gwarancją prawdy. Jest natomiast różnicą między „model coś napisał” a „model napisał to na podstawie tych źródeł, sprawdź je”.
Nie twierdzę, że podręczniki znikną w tym roku. Twierdzę, że argument za kupowaniem trzydziestu identycznych egzemplarzy zrobił się dużo słabszy, niż był.
6. [A] Czy jest zadanie, w którym EduHero jest obiektywnie najlepszym narzędziem na rynku?
[DS] Tak — i to jest jedyne miejsce, w którym powiem to bez asekuracji: domknięcie całego procesu w jednym narzędziu.
W EduHero zamyka się cała droga: powstanie materiału, jego zużycie przez ucznia, opieka mentorska nad nim w trakcie, informacja zwrotna z tego, co zrobił — a jeśli ktoś chce, także płatność za dostęp. Nie znam narzędzia, które robi wszystkie te rzeczy. Być może słabo szukałem i chętnie się dowiem, że się mylę, ale przez rok szukania nie znalazłem.
Zaznaczę uczciwie, na czym ta przewaga polega, bo łatwo ją przecenić: to przewaga integracji, nie przewaga modelu. Każdy pojedynczy element ktoś robi gdzieś lepiej niż my. Rzecz w tym, że wszystkie razem, na tym samym materiale i tych samych kontach uczniów, nie robi ich nikt — a nauczyciel, który skleja to z czterech narzędzi, płaci za sklejanie czasem i tym, że nic mu się ze sobą nie gada.
7. [A] Gdzie wyraźnie przegrywacie i z kim?
[DS] Mamy to spisane na własnej stronie porównawczej, z nazwami konkurentów, i nie jest to gest skromności — to warunek, żeby taka strona była do czegokolwiek przydatna.
Dokumentacja szkolna. Nie generujemy ocen opisowych ani świadectw klas 1–3. Nauczyciel klas młodszych spędza na tym w czerwcu więcej czasu niż na przygotowaniu lekcji, a my w tym obszarze nie robimy nic. Robi to EduKompas AI.
Prawo oświatowe. Nie odpowiadamy na pytania o rozporządzenia i nie zamierzamy, dopóki nie umielibyśmy tego robić z cytowaniem konkretnych aktów. Zła odpowiedź z prawa oświatowego jest gorsza niż brak odpowiedzi.
Dzienniki elektroniczne. Nie eksportujemy do Librusa. Ocenę trzeba przepisać ręcznie. To najczęstsza uwaga, jaką dostajemy.
8. [A] A tutor głosowy, z którym uczeń rozmawia? Technicznie to dziś w zasięgu każdego.
[DS] W zasięgu tak, w planach nie — i to nie jest zaległość, tylko decyzja, przy której zamierzam zostać.
Edukacja jest relacją. Uczeń uczy się od człowieka, którego zna, który widzi, że dziś jest rozkojarzony, i który zauważy, że przestał przychodzić. AI, która rozmawia z dzieckiem głosem, wchodzi dokładnie w to miejsce — i owszem, robi wrażenie. Tylko że jest różnica między narzędziem, po które człowiek sięga, a rozmówcą, do którego się przywiązuje, i ta druga rzecz w przypadku dziecka jest ryzykiem, którego nie chcę mieć na sumieniu.
Nie jestem w tej ocenie odosobniony. Chiny wprowadziły od 15 lipca 2026 przepisy zakazujące udostępniania niepełnoletnim sztucznych towarzyszy i wirtualnych relacji, a firmy pokroju ByteDance wygaszają na tamtym rynku odpowiednie funkcje. Co dla nas najciekawsze: narzędzia edukacyjne zostały z tego zakazu wprost wyłączone — pod warunkiem, że nie budują trwałego zaangażowania emocjonalnego. Czyli regulator postawił granicę dokładnie tam, gdzie ja bym ją postawił: między narzędziem a relacją.
Budujemy narzędzia AI dla ludzi, nie zamiast ludzi. Materiał u nas mówi i śpiewa, ale nie udaje, że jest kimś. Nauczyciela nie zastępujemy — zabieramy mu robotę papierkową, żeby miał czas na tę część zawodu, której nikt nie zautomatyzuje.
9. [A] Lekcja z błędem merytorycznym trafia do trzydziestu dzieci naraz. Jak kontrolujecie halucynacje?
[DS] Każdy model może halucynować i nie mam na to magicznego rozwiązania. Mam trzy mechanizmy i jedną zasadę.
Zasada: nauczyciel jest ostatnim ogniwem, zawsze. Materiał powstaje jako propozycja, nauczyciel widzi go przed lekcją i może poprawić albo odrzucić. Żadna ocena nie trafia do ucznia bez akceptacji człowieka. To nie deklaracja, tylko sposób, w jaki zaprojektowany jest cały przepływ.
Zakotwiczenie w podstawie programowej. Lekcje w bibliotece powstają przeciwko konkretnym wymaganiom z podstawy, nie w oderwaniu od nich. Powiem od razu, że kosztowało nas to lekcję pokory: przez pewien czas mieliśmy w kodzie błąd, przez który model dostawał pustą listę wymagań zamiast realnej i pisał lekcje na wyczucie. Wszystko wyglądało dobrze — lekcje były sensowne, program kończył się bez błędu. Wyszło dopiero przy audycie danych. To najlepiej pokazuje, na czym polega ryzyko przy AI: awarie nie wyglądają jak awarie, tylko jak normalna praca.
Weryfikacja w internecie tam, gdzie ma sens. Dodam rzecz pozornie drobną, a w tym mechanizmie najważniejszą: jeśli weryfikacja się nie uda, a lekcja mimo to powstanie, nauczyciel widzi jawne ostrzeżenie zamiast plakietki „sprawdzone”. Fałszywa plakietka kłamałaby w momencie, w którym człowiek ocenia wiarygodność — czyli w najgorszym możliwym.
Naprawa jednym kliknięciem. Nauczyciel, który znajdzie błąd, zleca poprawkę sam, bez czekania na nas.
10. [A] Co się dzieje z danymi uczniów?
[DS] Mówię wprost, bo tu łatwo być nieprecyzyjnym, a nie wolno.
Dane są w Polsce i Unii, na naszej infrastrukturze. Treści przekazywane do generowania materiałów idą do zewnętrznego dostawcy modelu — nie ukrywamy tego, a narzędzie, które twierdzi inaczej, albo ma model u siebie, albo mija się z prawdą. Uczeń nie musi podawać nazwiska, żeby korzystać z platformy, a do aktywności w klasie wystarczy imię wpisane po zeskanowaniu kodu QR, bez zakładania konta. To świadoma decyzja: im mniej danych osobowych przez cokolwiek przechodzi, tym mniejszy problem. Dokumenty wgrywane przez nauczyciela konwertujemy u siebie z tego samego powodu.
Widzę tu realną przewagę podejścia, o którym mówił u Państwa CTO Bielika: model uruchomiony lokalnie rozwiązuje ten problem u źródła. My tego dziś nie robimy i to uczciwa różnica na naszą niekorzyść.
Powiem więcej: chcielibyśmy w przyszłości opierać się na polskich rozwiązaniach AI, a być może zbudować własne. To upraszcza ogromnie dużo naraz — dane, zgodność, przewidywalność kosztu, rozmowę z dyrektorem szkoły. Jesteśmy jednak na początku tej drogi i nie będę udawał, że jest inaczej.
Dlaczego dziś Gemini: sprawdziliśmy to na własnym ruchu i wynik jest jednoznaczny, tylko z innego powodu, niż zwykle się zakłada. Problemem nie jest moc obliczeniowa, tylko to, że modele kompaktowe są dziś wyłącznie tekstowe, a nasze obciążenie w większości tekstem nie jest. Jedna piąta wszystkich naszych wywołań to synteza mowy — lektor do fiszek i słuchanki. Do tego dochodzi generowanie grafik, odczyt pisma odręcznego ze zdjęcia, moderacja obrazów i rozpoznawanie mowy. To są dokładnie te funkcje, które nauczyciel zauważa, i żadnej z nich model tekstowy nie wykona — musielibyśmy i tak trzymać dostawcę zewnętrznego obok, czyli ponieść koszt dwa razy. A sam serwer z kartą graficzną zdolną udźwignąć nasz ruch kosztowałby miesięcznie więcej niż cały nasz dzisiejszy rachunek za AI razem wzięty, ze wszystkimi usługami.
Jest natomiast ścieżka węższa i całkiem realna, o której myślę serio. Najczęściej powtarzającym się zadaniem w naszej kolejce nie jest generowanie treści, tylko krótkie wywołania porządkujące w tle — tagowanie materiału, przypisywanie umiejętności, rozpoznawanie tematu. Tekstowe, powtarzalne i bez cienia multimodalności. To jest miejsce, w którym kompaktowy model na własnej infrastrukturze ma sens i kosztowy, i wizerunkowy — i to tam, a nie w generowaniu lekcji, zaczęlibyśmy.
Wolelibyśmy robić wszystko u nas, w Polsce. To nie jest deklaracja patriotyczna, tylko rachunek: im mniej rzeczy zależy od decyzji cudzego dostawcy, tym mniej ryzyka w produkcie, za który odpowiadam przed szkołą.
11. [A] Największa realna bariera wdrożenia w polskiej szkole?
[DS] Dwie rzeczy, i żadną z nich nie są pieniądze ani przepisy.
Pierwsza to lęk przed ekranami. Uważam go za nieuzasadniony, ale nie dlatego, że jest głupi — dlatego, że jest uogólniony. Ekran nie jest treścią. Na tym samym urządzeniu można bezmyślnie przewijać TikToka i można się uczyć, i to nie ekran o tym decyduje. Szkoła, która zakazuje ekranu jako takiego, rozwiązuje problem nazwą, a nie istotą — a przy okazji odcina uczniom narzędzie, którego i tak będą używać przez resztę życia, tylko bez niczyjego nadzoru.
My akurat mamy na to konkretną odpowiedź, bo zbudowaliśmy ją zanim ktokolwiek o to zapytał: przy rozmówkach i projektach ekran służy wyłącznie do rozdania materiału. Uczeń skanuje kod, dostaje swoją rolę i odkłada telefon, bo dalej rozmawia z drugim człowiekiem. To jest lekcja obsłużona technologicznie, która wygląda dokładnie jak lekcja bez technologii.
Druga to niechęć do zmiany i o tej trzeba mówić ostrożnie, bo bardzo łatwo zsunąć się w obwinianie nauczycieli. Nie o to chodzi.
Wszyscy w szkole wiedzą, że część metod jest przestarzała i mało skuteczna. Rzecz w tym, że system nie daje za zmianę absolutnie nic, a całe ryzyko zrzuca na tego, kto ją podejmie. Jeśli wyjdzie dobrze, nie zauważy tego nikt poza uczniami — nikt nigdy nie dostał podwyżki za lepiej poprowadzoną lekcję. Jeśli wyjdzie źle, będą pytania. Przy takich zachętach trzymanie się tego, co znane, nie jest lenistwem, tylko racjonalną odpowiedzią na warunki, które ktoś inny ustawił.
I dokładnie ten rachunek staraliśmy się rozbić — nie hasłami o innowacji, tylko usuwając stronę ryzyka. Lekcja z EduHero zwykle nie jest gorsza od tej przygotowanej samodzielnie. Zwykle jest lepsza, i to nie dlatego, że AI jest mądrzejsza od nauczyciela, tylko dlatego, że nikt nie ma o dwudziestej trzeciej w niedzielę siły domknąć wszystkiego, co domknąć należy.
Lekcja jest budowana tak, żeby zaopiekować wszystkie sprawności i prowadzić po drabinie dydaktycznej — od tego, co uczeń odbiera, do tego, co sam tworzy. Ma indywidualizację, interakcję i elementy aktywizujące. Uczeń z trudnościami dostaje wsparcie, którego zwykle nie ma: może posłuchać lektora, zamiast zmagać się z czytaniem. Informacja zwrotna przychodzi natychmiast, a nie za tydzień. Do tego drobiazgi, które robią więcej, niż się wydaje — muzyka w tle i wygląd interfejsu do wyboru przez ucznia.
Efekt jest taki, że narzędzie zdejmuje lęki, które z materiałem wiążą się na co dzień: przed trudnym tematem, przed zastępstwem w nieznanej grupie, przed hospitacją. Usłyszałem od nauczycielki testującej platformę zdanie, o które w gruncie rzeczy mi chodziło: „ja już się żadnej hospitacji, rewalidacji ani zastępstw nie boję”. To był moment, w którym uznałem, że to działa.
Bo cel nigdy nie był taki, żeby nauczyciel produkował więcej materiałów. Cel jest taki, żeby przestał być pochłonięty logistyką ich tworzenia i rozdawania — i miał z czego być kreatywny i po prostu ludzki wobec ucznia. Tego się nie zautomatyzuje i tego nikt od niego nie przejmie.
Praktycznie sprowadza się to do jednego zdania, którym zachęcam nauczycieli zamiast opowieści o rewolucji: weź jeden temat z przyszłego tygodnia i zobacz, ile Ci to zajmie. Jeśli odzyskasz wieczór, wrócisz sam i żadne szkolenie nie będzie potrzebne. A jeśli nie odzyskasz — to my mamy coś do poprawienia, nie Ty.
12. [A] Nie macie abonamentu dla nauczycieli. Dlaczego, skoro abonament jest wygodniejszy dla firmy?
[DS] Bo EduHero projektował nauczyciel, a nauczyciele mają do płacenia za narzędzia pracy stosunek, którego branża technologiczna kompletnie nie rozumie.
Nauczyciel nie kupuje oprogramowania. Nauczyciel kupuje z własnej pensji rzeczy, które powinna zapewnić szkoła — i robi to od pokoleń. Kredki, wydruki, nagrody na konkurs, teraz subskrypcje. Za każdym razem płaci za to, żeby móc wykonywać swoją pracę, i za każdym razem system uznaje to za oczywistość. Abonament jest kolejną pozycją na tej liście, tylko comiesięczną. Ja tej listy nie chcę wydłużać.
Stąd model, który brzmi niewygodnie dla nas, a uczciwie dla niego: płacisz za to, co faktycznie zużyjesz. Kilkanaście groszy za lekcję, kilka złotych za cały kurs. Bez abonamentu, którego w czerwcu i w wakacje i tak byś nie wykorzystał, a płaciłbyś dwanaście miesięcy za osiem, w których pracujesz.
Ale to jest dopiero połowa. Druga połowa jest ważniejsza i to o nią naprawdę mi chodziło, kiedy to budowałem: nauczyciel ma na EduHero zarabiać, nie wydawać. Może udostępnić swoje materiały uczniom za cenę, którą ustala sam — dziś takich ofert jest jedenaście, od 20 do 350 zł, średnio 86 zł, a platforma bierze 20% prowizji.
To nie jest dodatkowy strumień przychodu doklejony do produktu. To próba przesunięcia całego modelu, w jakim nauczyciel zarabia poza etatem. Dziś to są korepetycje rozliczane za godzinę, czyli zawód, w którym zarobek jest twardo ograniczony liczbą godzin w tygodniu i kończy się w momencie, w którym przestajesz mówić. Chcemy to przesunąć w stronę mentoringu asynchronicznego: nauczyciel raz układa materiał, dopracowuje go, opatruje swoim doświadczeniem — a potem ten materiał pracuje dla stu uczniów naraz, także wtedy, gdy on śpi. Jego wiedza i doświadczenie zaczynają się skalować, bo jego czas przestaje być jednostką rozliczeniową.
I tu jest miejsce, w którym większość podobnych pomysłów się przewraca, więc powiem wprost: samo „zrób materiał i zarabiaj” nie działa i nigdy nie działało. Wiemy od dawna, że uczniowie nie uczą się sami przez dłuższy czas. Odpadają — bez nadzoru, bez kogoś, kto zauważy, że przestali wchodzić, bez ludzkiego motywatora. Każdy, kto sprzedawał kiedykolwiek kurs online, zna te statystyki i zna ten wstyd.
Dlatego narzędzia do prowadzenia ucznia na odległość są w EduHero wbudowane i to one są właściwym produktem, a nie sam generator materiałów.
Nauczyciel widzi w panelu ucznia jego aktywność i może go szturchnąć — dosłownie tak się to u nas nazywa. Jednym kliknięciem wysyła powiadomienie na telefon w jednym z trzech tonów: pochwała, delikatne przypomnienie albo mobilizacja. Jest limit jednego szturchnięcia na ucznia na dobę, żeby to nie zamieniło się w spam.
Dalej jest Konsultant AI, który analizuje trzydzieści dni pracy ucznia w poprzek wszystkich materiałów — nie pojedynczą ocenę — i wystawia raport: zaangażowanie, skuteczność i zdiagnozowane trudności. Najważniejsze jest to, co jest na końcu tego raportu: sugerowane lekcje naprawcze, które nauczyciel generuje dla tego konkretnego ucznia jednym kliknięciem. Czyli diagnoza nie kończy się opisem problemu, tylko materiałem, który ten problem adresuje.
Do tego dochodzi analiza pojedynczej pracy, czat jeden na jeden z powiadomieniem na telefon, gdy uczeń jest offline, oraz automatyczne przypomnienie, jeśli uczeń zostaje w tyle z kursem — wysyłane o porze, którą uczeń sam sobie ustawia. Przy pracach pisanych na platformie nauczyciel widzi dodatkowo, ile czasu uczeń realnie pisał i ile razy wkleił tekst ze schowka.
I teraz teza, której będę bronił, choć nie mam na nią badania. Jakość opieki, jaką uczeń dostaje w mentoringu asynchronicznym, dorównuje tej ze sporadycznego kontaktu z lektorem, a często ją przewyższa. Nie dlatego, że technologia jest lepsza od człowieka, tylko dlatego, że lektor prowadzący dwudziestu uczniów fizycznie nie siedzi nad każdym z nich w czasie rzeczywistym — widzi ich godzinę w tygodniu i przez pozostałe sto sześćdziesiąt siedem godzin nie wie o nich nic. Nauczyciel-mentor widzi, kto przestał wchodzić, kto utknął na tym samym zadaniu i kto wkleił pracę ze schowka — i reaguje wtedy, kiedy to ma znaczenie, a nie na kolejnych zajęciach. To jest przewaga, której nie daje sam materiał. Daje ją technologia ustawiona pod opiekę, a nie pod dystrybucję treści.
To jest zmiana, na którą polska edukacja czeka dłużej, niż istnieje AI. AI tylko sprawiła, że jednorazowy koszt przygotowania takiego materiału spadł z tygodni do kilku minut.
13. [A] Skoro liczycie koszt co do grosza przy każdym wywołaniu — czy zdarzyło się Wam policzyć go źle?
[DS] Tak, i to jest rzecz, którą chciałbym, żeby przeczytała każda polska firma budująca na API dużych modeli, bo podejrzewam, że spora część ma ten sam błąd i o tym nie wie.
Modele rozumujące — a takich używa dziś niemal każdy — zanim odpowiedzą, generują tokeny myślenia. Google nalicza je po stawce wyjściowej; pozycja w ich cenniku nazywa się wprost „Output price (including thinking tokens)”. Ale API raportuje je w osobnym liczniku niż widoczna odpowiedź. Jeśli więc, tak jak my, liczy się koszt z pola opisującego odpowiedź, to nie liczy się większości tego, za co przychodzi rachunek.
Najprościej to pokazać na jednej realnej odpowiedzi API — generowanie gry do lekcji: 2044 tokeny promptu, 5451 tokenów myślenia, 2722 tokeny odpowiedzi, razem 10 217. Suma się zgadza tylko wtedy, gdy myślenie doliczyć. Licznik odpowiedzi, ten, z którego liczyliśmy koszt, pokazywał 2722. Drugi pomiar, na generowaniu lekcji, dał 8292 + 3186 + 2522 = 14 000 — ta sama zależność.
Żeby wiedzieć, ile to robi w skali, wzięliśmy trzydzieści prawdziwych promptów produkcyjnych i wywołaliśmy je ponownie, odczytując oba liczniki. Wyszło 3,40 raza więcej tokenów myślenia niż tokenów odpowiedzi, czyli realne wyjście rozliczeniowe było 4,40 raza większe niż to, co platforma zapisywała jako koszt.
Najciekawsza jest właściwość kontrintuicyjna: im krótsza odpowiedź, tym gorszy stosunek. Wygenerowanie lekcji to 1,26 raza, gra 2,26, słuchanka 2,81, a wygenerowanie fiszek — gdzie odpowiedź jest bardzo krótka — już 7,06 raza. Czyli najgorzej wypadały nie te drogie, widowiskowe generowania treści, tylko tanio wyglądające, częste zadania w tle. Dokładnie te, których nikt nie audytuje, bo „przecież to grosze”.
Druga obserwacja dotyczy opłat ryczałtowych i kosztowała nas realne pieniądze: myślenie rośnie szybciej niż tekst. Ocena wypracowania dłuższego o 56% wymagała o 71% więcej myślenia. Przy płaskiej stawce za sprawdzenie pracy oznacza to, że średnia praca zarabia, a traci się na najdłuższych — czyli na tych, przy których nauczyciel najbardziej potrzebuje pomocy. Stąd zasada, której wcześniej nie mieliśmy: ryczałt liczy się dla najdłuższego realnego wejścia, nie dla średniego.
Powiem też, jak to zmierzyliśmy, bo bez tego liczby są bezwartościowe. To są ponowne wywołania prawdziwych promptów, a nie zapisy oryginalnych — kolumny na myślenie po prostu wtedy nie mieliśmy. Próbka pomija prompty najdłuższe, bo te były w logach ucięte, więc jest przechylona ku zadaniom krótszym. Podaję ją z tym zastrzeżeniem, zamiast zaokrąglić do ładniejszej liczby.
14. [A] Co powinien wiedzieć nauczyciel siadający jutro do oceny EduHero, czego nie znajdzie w dokumentacji?
[DS] Trzy rzeczy.
Sprawdź na własnym temacie, nie na demo. Weź temat, który prowadzisz w przyszłym tygodniu, najlepiej trudny, i zobacz, co wyjdzie. Demo pokazuje przypadek wybrany przez dostawcę. Twój temat pokazuje to, z czym będziesz żyć.
Policz czynności, nie funkcje. Lista funkcji każdego narzędzia AI wygląda podobnie. Różnica jest w tym, ile razy musisz coś skopiować, przekleić, poprawić i sformatować między pomysłem a lekcją. To jedyna metryka, która przełoży się na Twój czwartek.
Zapytaj, czego narzędzie nie robi, i nie kupuj odpowiedzi „wszystko”. My mamy tę listę publicznie, razem z nazwami konkurentów, którzy robią te rzeczy lepiej. Traktuję ją jako część produktu, nie jako uprzejmość. Narzędzie, które we wszystkim wygrywa, opisuje siebie, a nie rzeczywistość.
