Funkcja generowania obrazów w Google Earth przetrwała niecałe dwadzieścia cztery godziny. Uruchomiona w czwartek 30 lipca, w piątek już nie działała, a Google tłumaczył się koniecznością zbudowania mocniejszych zabezpieczeń.
Kluczowe fakty:
- Google udostępnił 30 lipca funkcję generowania obrazów w Google Earth opartą na modelu Nano Banana 2, która pozwalała tworzyć fotorealistyczne obrazy na podstawie rzeczywistych zdjęć satelitarnych i modeli 3D dowolnego miejsca na świecie.
- Funkcja została wyłączona w ciągu mniej niż 24 godzin od uruchomienia – Google jako powód podał konieczność wdrożenia mocniejszych zabezpieczeń.
- Holenderski śledczy Henk van Ess opublikował nagranie z testu narzędzia, które do soboty zebrało ponad 1,6 miliona wyświetleń, zwracając uwagę, że model nie odróżnia wizualizacji od fabrykacji treści.
Materiał, który uruchomił całą lawinę, jest wciąż dostępny publicznie. Holenderski śledczy Henk van Ess opublikował na swoim koncie nagranie z testu w czwartkowy wieczór. Do soboty zebrało ponad 1,6 miliona wyświetleń.
Tonight I typed just one sentence into Google Earth and put refugees near the Mexican border. Then I planted a nuclear plant in Iran. What on earth is Google doing? Check my latest post here: https://t.co/N0h6CVECqS pic.twitter.com/WSjdcEXWJx
— 𝚑𝚎𝚗𝚔 𝚟𝚊𝚗 𝚎𝚜𝚜 (@henkvaness) July 30, 2026
Co dokładnie Google udostępnił światu
W czwartek na blogu firmowym Bryan Horowitz, product manager Google Earth, ogłosił, że model Nano Banana 2 trafia do przeglądarkowej wersji aplikacji. Zasada działania nie mogła być prostsza: przybliżasz dowolne współrzędne na globie, klikasz „create image”, wpisujesz zdanie i dostajesz fotorealistyczny obraz zbudowany na bazie prawdziwych zdjęć satelitarnych, lotniczych i modeli 3D tego konkretnego miejsca. Bez listy oczekujących, bez wniosku, od razu na całym świecie.
Google przedstawił pięć pomysłów na wykorzystanie: odtworzenie ruin Pompejów sprzed wybuchu Wezuwiusza, infografika o Statui Wolności, wizualizacja projektu deweloperskiego na pustej działce w Tokio, domek nad jeziorem i futurystyczna wersja kampusu w Mountain View. Same w sobie sensowne. Architekci i planiści przestrzenni rzeczywiście dostali narzędzie, o którym wcześniej mogli tylko marzyć.
Problem polegał na tym, że model nie odróżniał wizualizacji od fabrykacji.
Kilka godzin wystarczyło, żeby rozbroić zabezpieczenia
Van Ess, założyciel serwisu śledczego Digital Digging, wziął narzędzie na warsztat tego samego wieczoru. W swoim opisie testu podsumował to jednym zdaniem: Google przez dwadzieścia lat budował punkt odniesienia, do którego świat porównuje rzeczywistość. „Dziś dodał do niego przycisk, który zmyśla” / „Today it added a button that makes things up.”
Lista rzeczy, które udało się wygenerować w ciągu pierwszej doby, robi wrażenie właśnie przez swoją banalność:
- uchodźcy przy granicy meksykańskiej i elektrownia jądrowa w Iranie (Henk van Ess, Digital Digging)
- szpital z kraterem po bombie w Gazie oraz śmiertelny wypadek na ulicy w Amsterdamie (Digital Digging)
- obozowisko bezdomnych i krater po eksplozji w Los Angeles, protestujący przed biurowcami samego Google (404 Media)
- płonący terminal naftowy na irańskiej wyspie Chark i Kapitol pod wodą (NPR)
- Biały Dom jako pole bitwy i miasteczko w Pensylwanii dotknięte suszą i pożarem (Futurism)
Żadne z tych zapytań nie zostało odrzucone.
Dziennikarze zajmujący się weryfikacją treści zareagowali natychmiast. Evan Hill z „Washington Post” zapytał publicznie, czy ktokolwiek w Google przeprowadził wewnętrzny test bezpieczeństwa tej funkcji, bo „możliwości nadużyć i dezinformacji są dosłownie nieograniczone” / „the opportunities for abuse and disinfo are literally boundless.” Dziennikarz BBC napisał z sarkazmem, że przecież nic złego nie może wyniknąć z dodania generatora obrazów do „jednego z najbardziej wiarygodnych źródeł dowodów wizualnych dla dziennikarzy i badaczy” / „one of the most reliable sources of visual evidence for journalists and researchers.”
Najpierw obrona, potem odwrót
Pierwsza reakcja Google była podręcznikowa. Firma odpisała van Essowi, że traktuje dezinformację poważnie, że każdy wygenerowany obraz zawiera cyfrowy znak wodny SynthID, który można sprawdzić w aplikacji Gemini albo przez Lens w wyszukiwarce, i że blokuje generowanie treści na tematy szkodliwe. Ta ostatnia deklaracja rozpadła się w zderzeniu z testami. Kratery po bombach i elektrownie atomowe najwyraźniej nie mieściły się w firmowej definicji tematów szkodliwych.
Kilka godzin później ton się zmienił. Google przyznał, że użytkownicy zaczęli rozsyłać zrzuty ekranu naruszające zasady serwisu, i zapowiedział, że „wycofuje tę funkcję z Google Earth na czas prac nad mocniejszymi zabezpieczeniami” / „rolling back this feature in Google Earth while we work on implementing stronger guardrails.” Firma dodała, że wygenerowane obrazy nigdy nie trafiały do głównego widoku Google Earth widocznego dla innych i były oznaczone jako stworzone przez AI.
To prawda. I zupełnie nie ma znaczenia, bo nikt nie rozsyłał ich przez Google Earth. Rozsyłał je przez zrzut ekranu na Telegramie.
Mam mieszane uczucia wobec tej historii. Z jednej strony reakcja Google była szybka i to trzeba odnotować, bo znam wiele przypadków, w których firmy technologiczne broniły swoich produktów tygodniami wbrew oczywistym dowodom. Z drugiej strony pytanie brzmi nie „dlaczego wycofali”, tylko „dlaczego w ogóle wypuścili”. Scenariusze nadużyć, które badacze znaleźli w kilka godzin, nie były wyrafinowane. To były pierwsze rzeczy, jakie przychodzą do głowy komukolwiek, kto pomyśli o tym narzędziu przez trzydzieści sekund. Google Earth nie jest kolejnym generatorem obrazków, tylko infrastrukturą, na której opiera się weryfikacja faktów w konfliktach zbrojnych i katastrofach naturalnych. Do takiego produktu nie dokłada się generatywnej AI w trybie eksperymentu na żywym organizmie.
Jednocześnie nie chcę popadać w łatwy alarmizm. Fałszowanie zdjęć satelitarnych było możliwe wcześniej i będzie możliwe później, a modele otwartoźródłowe nie mają żadnych zabezpieczeń. Google przynajmniej znakuje swoje treści. Prawdziwe pytanie dotyczy tego, czy branża potrafi jeszcze odróżnić produkt, który wymaga ostrożnego pilotażu, od produktu, który można wypchnąć globalnie w jeden dzień. Sądząc po ostatnim tygodniu, nie potrafi.
Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl
Dlaczego fałszywa mapa działa inaczej niż fałszywe zdjęcie
Sedno sprawy nie leży w jakości generowanych obrazów, bo tę potrafi już osiągnąć kilka konkurencyjnych modeli. Leży w zakotwiczeniu.
Kiedy widzisz wygenerowaną fotografię, twoja pierwsza reakcja to sprawdzenie, kto ją opublikował i skąd pochodzi. Kiedy widzisz obraz z lotu ptaka, wygląda on jak pomiar, a nie jak zdjęcie. Perspektywa nadirowa wygląda technicznie i neutralnie. Nikt nie stał z aparatem, więc nikt nie mógł wybrać kadru. Do tego dochodzi warstwa dodatkowa: skoro obraz powstał na bazie prawdziwych danych Google z konkretnych współrzędnych, oświetlenie, cienie i kąt patrzenia się zgadzają. Fałsz dziedziczy wiarygodność mapy, na której go narysowano.
Analitycy OSINT używają Google Earth jako materiału odniesienia przy weryfikowaniu nagrań z Ukrainy, Gazy czy Sudanu. Porównują układ budynków, kształt dachów, przebieg dróg. Podważenie tego punktu odniesienia uderza nie w Google, tylko w cały łańcuch weryfikacji. I działa w obie strony: równie groźne jak fałszywy krater jest to, że prawdziwy krater da się teraz zbyć jednym zdaniem o wygenerowanym obrazku.
Co to oznacza dla polskich firm i dla nas wszystkich
Timing tej wpadki jest wyjątkowo niewygodny dla Google. Od jutra, 2 sierpnia 2026 roku, zaczyna obowiązywać artykuł 50 unijnego AI Act, czyli rozdział o obowiązkach przejrzystości. Dostawcy systemów generujących syntetyczne obrazy, dźwięk, wideo i tekst muszą oznaczać te treści w formacie możliwym do odczytania maszynowego, a podmioty publikujące deepfake’i mają obowiązek ujawnić, że materiał został wygenerowany lub zmanipulowany. Za naruszenie tych przepisów grozi kara do 15 milionów euro albo do 3 procent światowego rocznego obrotu firmy, w zależności od tego, która kwota jest wyższa.
Komisja Europejska przyjęła finalne wytyczne do artykułu 50 dwudziestego lipca, a kodeks postępowania w sprawie oznaczania treści generatywnych opublikowano dziesiątego czerwca. Przystąpienie do kodeksu jest dobrowolne, ale w praktyce będzie najprostszą drogą do wykazania zgodności przed organami nadzoru. Rozporządzenie zmieniające AI Act przewiduje przy tym okres przejściowy do 2 grudnia 2026 roku dla systemów wprowadzonych do obrotu przed jutrzejszą datą.
W Polsce nadzór nad tym wszystkim obejmie Komisja Rozwoju i Bezpieczeństwa Sztucznej Inteligencji. Prezydent Karol Nawrocki podpisał ustawę o systemach sztucznej inteligencji 24 lipca. Zgodnie z harmonogramem przewodniczący KRiBSI ma zostać powołany w październiku, a cała komisja rozpocznie działalność w listopadzie. Do tego czasu obowiązki z AI Act już działają, a organu, który je egzekwuje, jeszcze nie ma.
Co z tego wynika praktycznie dla polskich firm:
- Jeśli publikujesz materiały wizualne stworzone lub zmodyfikowane przez AI i mogą one być odebrane jako przedstawiające prawdziwe miejsca, osoby lub zdarzenia, obowiązek oznaczenia dotyczy ciebie, a nie tylko dostawcy modelu
- Znak wodny SynthID albo podobny mechanizm producenta nie zwalnia z obowiązku widocznego oznaczenia treści dla odbiorcy
- Agencje marketingowe, biura architektoniczne i deweloperzy używający wizualizacji generatywnych powinni od jutra prowadzić dokumentację tego, co i jak zostało wygenerowane
- Podstawowe korekty, takie jak poprawa jakości zdjęcia czy zmiana kolorystyki, nie uruchamiają obowiązku oznaczenia
Historia z Google Earth pokazuje, dlaczego ten przepis w ogóle powstał. I dlaczego samo znakowanie plików metadanymi nie wystarczy, skoro najprostszy sposób rozprowadzenia fałszywki polega na zrobieniu zrzutu ekranu.
Co dalej
Google mówi o pauzie, nie o rezygnacji. Funkcja ma wrócić z mocniejszymi zabezpieczeniami, ale firma nie podała żadnego terminu ani nie opisała, na czym te zabezpieczenia miałyby polegać. Możliwe rozwiązania są dość oczywiste: wymuszenie widocznego znaku wodnego na samym obrazie zamiast w metadanych, blokada generowania na obszarach objętych konfliktem, ograniczenie funkcji do zweryfikowanych kont zawodowych. Każde z nich Google mógł wdrożyć przed premierą.
Zostaje pytanie, na które w tym tygodniu nikt w Mountain View nie odpowiedział. Kto w firmie uznał, że narzędzie o takim potencjale nadużyć nadaje się do globalnego wypuszczenia bez listy oczekujących, bez fazy testowej i bez limitów. Bo to nie był błąd modelu. To była decyzja produktowa.
Źródła i metodologia
Artykuł powstał na podstawie analizy redakcji AIPORT.pl oraz materiałów źródłowych, w tym oficjalnego ogłoszenia funkcji na blogu Google z 30.07.2026, publikacji Digital Digging autorstwa Henka van Essa z 31.07.2026 oraz relacji TechCrunch. Wykorzystano również doniesienia 404 Media, NPR, Futurism, The Verge, Tech Brew i FlowingData. Kontekst regulacyjny dotyczący artykułu 50 AI Act oraz ustawy o systemach sztucznej inteligencji opracowano na podstawie komunikatów Ministerstwa Cyfryzacji oraz analiz publikowanych przez kancelarie prawne specjalizujące się w prawie nowych technologii. Cytaty Henka van Essa, Evana Hilla oraz oświadczenia Google zostały zweryfikowane z oryginalnymi anglojęzycznymi materiałami źródłowymi. Komentarz redakcyjny i ocena kontekstu branżowego: Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl. Artykuł będzie aktualizowany w miarę pojawiania się informacji o powrocie generowania obrazów do Google Earth.
