Absolwenci uczelni od miesięcy słyszą, że sztuczna inteligencja zabrała im pierwszą pracę. Tymczasem ekonomiści przekonują, że Stany Zjednoczone zmierzają w stronę czegoś dokładnie odwrotnego: największego niedoboru pracowników w swojej historii.
Kluczowe fakty:
- Stany Zjednoczone stoją w obliczu największego niedoboru siły roboczej w historii – firma analityczna Lightcast używa właśnie tego określenia, a JPMorganChase uznaje chroniczny deficyt talentów za zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego.
- Między 2024 a 2032 rokiem z amerykańskiego rynku pracy odejdzie ponad 18 milionów pracowników z wyższym wykształceniem, podczas gdy wejdzie na niego mniej niż 14 milionów – główną przyczyną jest masowe przechodzenie na emeryturę pokolenia baby boomers.
- W niektórych specjalizacjach technologicznych, takich jak produkcja półprzewodników, stopa bezrobocia wynosi według prezesa agencji rekrutacyjnej Blue Signal około minus 20 procent, co oznacza, że wakatów jest więcej niż dostępnych kandydatów.
Obraz, jaki wyłania się z najnowszego materiału Washington Post (opublikowanego również przez The Hechinger Report), jest niepokojący nie dlatego, że brakuje miejsc pracy, tylko dlatego, że brakuje ludzi gotowych je objąć. Matt Walsh, prezes agencji rekrutacyjnej Blue Signal z Phoenix, opisuje sytuację w niektórych specjalizacjach technologicznych wprost: w produkcji półprzewodników „stopa bezrobocia jest prawdopodobnie na poziomie minus 20 procent”. To nie przejęzyczenie. To sposób, w jaki branża sygnalizuje, że wakatów jest więcej niż realnych kandydatów.
Absolwenci uczelni buczeli na mówców na uroczystościach rozdania dyplomów, którzy zachwycali się sztuczną inteligencją. Meta, ogłaszając w maju zwolnienie ponad 8 tysięcy pracowników, wprost powoływała się na AI. Nic dziwnego, że w tej narracji winowajca wydaje się oczywisty. Ekonomiści twierdzą jednak, że dyskusja o AI przykrywa problem o zupełnie innej skali.
Skąd bierze się ten paradoks
Sedno sprawy tkwi w demografii, nie w technologii. Georgetown University Center on Education and the Workforce ostrzega, że problem może „hamować amerykańską gospodarkę przez kolejne lata”. Firma analityczna Lightcast nazywa to „największym niedoborem siły roboczej, jaki kraj kiedykolwiek widział”. JPMorganChase idzie jeszcze dalej, mówiąc o zagrożeniu dla bezpieczeństwa narodowego wynikającym z chronicznego deficytu talentów, który ogranicza zdolność kraju do budowania, konkurowania i ochrony własnych interesów.
Liczby stojące za tymi ostrzeżeniami są konkretne. Między 2024 a 2032 rokiem, gdy ostatni przedstawiciele pokolenia baby boomers przejdą na emeryturę, z amerykańskiego rynku pracy odejdzie ponad 18 milionów pracowników z wyższym wykształceniem, a wejdzie na niego mniej niż 14 milionów nowych. Georgetown liczy powstałą lukę na 4,6 miliona osób. Lightcast szacuje ją jeszcze wyżej, na 6 milionów.
Nie mówimy tu wyłącznie o branży technologicznej. Braki dotkną dziesiątki, a w niektórych zawodach setki tysięcy pielęgniarek, lekarzy, nauczycieli, inżynierów, farmaceutów, terapeutów zdrowia psychicznego, pracowników budowlanych i mechaników lotniczych. To zawody, których sztuczna inteligencja zwyczajnie nie wykona za człowieka.
„Wszyscy ci ludzie, którzy utrzymują funkcjonowanie społeczeństwa, to właśnie ci, których nam zabraknie” – powiedział Ron Hetrick, główny ekonomista Lightcast. / „All of these people who keep a society functioning are the very people we’re not going to have enough of.”
Skala braków w liczbach
Prognozy przygotowane przez Georgetown University, amerykański Urząd ds. Zasobów i Usług Zdrowotnych oraz Semiconductor Industry Association pokazują skalę zjawiska w poszczególnych sektorach.
- Do 2032 roku zabraknie między innymi 2,9 miliona menedżerów, 611 tysięcy nauczycieli, 402 tysięcy kierowców, 362 tysięcy pielęgniarek, 210 tysięcy inżynierów i 200 tysięcy pracowników budowlanych
- W opiece zdrowotnej do 2038 roku najdotkliwsze braki obejmą pielęgniarki praktyczne (niemal 246 tysięcy) i pielęgniarki dyplomowane (ponad 109 tysięcy), a także terapeutów zdrowia psychicznego, lekarzy pierwszego kontaktu i farmaceutów
- W przemyśle półprzewodników zatrudnienie ma wzrosnąć do 2030 roku o blisko 115 tysięcy miejsc pracy, ale w potoku kształcenia brakuje kandydatów na 67 tysięcy z nich, jak wylicza Semiconductor Industry Association
Do tego dochodzi zjawisko, które Hetrick opisuje bez ogródek: system kształcenia latami produkował absolwentów kierunków biznesowych i finansowych, podczas gdy popyt przesuwał się gdzie indziej. „Pompowaliśmy tak wielu młodych ludzi w biznes i finanse”, powiedział, gdy realnie potrzeba absolwentów innych kierunków. / „We have pumped so many young people into business and finance” when what’s really in demand are graduates in other fields.
Ten materiał czytam z mieszanymi uczuciami, bo widzę w nim jednocześnie ostrzeżenie i pewne uproszczenie. Amerykańscy ekonomiści mają rację, że demografia jest procesem znacznie trudniejszym do odwrócenia niż cykl koniunkturalny, a fala emerytur boomers to fakt, którego nie da się zanegować żadną technologią. Jednocześnie zestawianie „to nie AI, to demografia” jako alternatywy wydaje mi się fałszywym dylematem. Oba zjawiska działają równolegle i się nakładają. AI realnie redukuje liczbę stanowisk wejściowych w części sektorów, a jednocześnie demografia realnie kurczy podaż pracowników w zawodach, których AI nie zastąpi. To nie jest spór o to, który czynnik jest winny. To dwa procesy, które w tym samym momencie uderzają w różne warstwy rynku pracy, i właśnie dlatego młody człowiek kończący studia biznesowe może czuć się bezradny, mimo że gdzie indziej brakuje rąk do pracy. Pytanie, które mnie interesuje najbardziej, brzmi: czy systemy edukacji, także w Polsce, są w stanie przestawić się na te sygnały wystarczająco szybko, czy będziemy je odczytywać z opóźnieniem, tak jak Amerykanie odczytują je dziś.
Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl
Dlaczego nikt tego wcześniej nie zauważył
Walsh z Blue Signal ma na to swoją teorię, opartą na znanej metaforze żaby we wrzątku: wrzucona do gorącej wody wyskoczy natychmiast, ale ta sama żaba we wodzie stopniowo podgrzewanej nie zareaguje na czas. W jego rodzinnym miasteczku w Illinois na wizytę u lekarza czeka się już pół roku, bo brakuje personelu medycznego, a mimo to świadomość problemu rośnie powoli.
Allison Shrivastava, ekonomistka rynku pracy w platformie edukacyjnej Niche, zwraca uwagę na coś jeszcze: uwaga opinii publicznej skupiła się na kurczącej się liczbie stanowisk wejściowych w konkretnych, medialnych branżach. „Kiedy ludzie mają problem z wejściem na rynek pracy, trudno przekonująco mówić, że wkrótce będą braki kadrowe” – powiedziała. / „When people are having trouble getting into the labor market, it’s hard to say there are going to be labor shortages soon.”
Braki już dziś spowalniają linie produkcyjne w fabrykach powiązanych z przemysłem obronnym, jak podaje JPMorganChase. Fabryki półprzewodników powstają szybciej, niż da się je obsadzić personelem. Zbyt mała liczba elektryków i techników opóźnia modernizację sieci energetycznej.
Do tego dochodzi gwałtowny spadek imigracji. Według danych Census Bureau w ubiegłym roku do USA przyjechało mniej niż połowa tylu imigrantów co rok wcześniej, mimo że 41 procent opiekunów osób starszych i piąta część asystentów pielęgniarskich, dentystów, farmaceutów i pielęgniarek dyplomowanych to historycznie osoby urodzone za granicą. „Robimy fantastyczną robotę zwijając wycieraczkę przed drzwiami i mówiąc: nie chcemy was” – podsumował Brad Hershbein, ekonomista z Upjohn Institute. / „We’re doing a fantastic job of rolling up the welcome mat and saying, 'We don’t want you.'”
Stany szukają własnych rozwiązań
Poszczególne stany, najbliżej problemu, próbują działać zanim ten w pełni się zmaterializuje. Niektóre oferują absolwentom spłatę kredytów studenckich w zamian za pozostanie i podjęcie pracy lokalnie. Minnesota rozważa ustawę dającą dzieciom rodziców podejmujących tam pracę prawo do stawek czesnego jak dla mieszkańców stanu. Missouri i Kolorado połączyły agencje odpowiedzialne za szkolnictwo wyższe i rozwój zawodowy. Connecticut powołał osobny urząd ds. strategii rynku pracy.
Różnice między stanami są ogromne. Południowa Dakota ma zaledwie 41 pracowników na 100 wolnych stanowisk, podczas gdy Kalifornia i dziewięć innych stanów mają więcej pracowników niż ofert pracy, jak wynika z danych U.S. Chamber of Commerce.
Widać też, że rynek zaczyna reagować tam, gdzie edukacja formalna traci na znaczeniu. Branka Minic, prezeska Building Talent Foundation reprezentującej 3600 pracodawców z branży budowlanej, mówi wprost o stawkach zaczynających się od 50 dolarów za godzinę w zawodach rzemieślniczych. Na pytanie, czy AI zastąpi te w większości fizyczne zajęcia, odpowiada anegdotą o plakacie zawieszonym na niedokończonym budynku z kpiącym napisem „Dokończ to, ChatGPT”.
Co to oznacza dla polskich firm?
Polska przerabia bardzo podobny scenariusz demograficzny, choć na razie z innym tempem i w innym punkcie cyklu. Z danych GUS wynika, że na koniec pierwszego kwartału 2026 roku ludność kraju spadła do około 37,281 miliona osób, czyli o 155 tysięcy mniej niż rok wcześniej, a liczba osób w wieku produkcyjnym kurczy się systematycznie od lat. Polski Instytut Ekonomiczny szacuje, że przy obecnych trendach demograficznych zatrudnienie w Polsce może spaść do 2035 roku o niemal 2,1 miliona osób, czyli o 12,6 procent obecnego stanu. Najbardziej dotknięte mają być przemysł, handel, edukacja i rolnictwo.
Różnica względem USA polega na tym, że w Polsce ten proces trwa już od dekady i część gospodarki zdążyła się do niego przyzwyczaić. Rynek pracownika, jak nazywają go analitycy, funkcjonuje w naszym kraju od około 2016 roku, a przeciętne wynagrodzenie wzrosło w ciągu ostatnich pięciu lat o około 65 procent. Blisko 60 procent polskich firm zgłasza dziś problemy rekrutacyjne, szczególnie w transporcie, produkcji przemysłowej, magazynowaniu i sektorze HoReCa, jak wynika z raportów branżowych.
Piszę to z pewnym niepokojem, bo widzę w amerykańskim materiale ostrzeżenie, które w Polsce już się częściowo zmaterializowało, a które wciąż traktujemy jako coś odległego. Amerykanie dopiero zaczynają rozmawiać o tym, co u nas jest realnym problemem operacyjnym firm produkcyjnych i logistycznych od kilku lat. Migracja zarobkowa, którą amerykańscy eksperci opisują jako kurczące się źródło uzupełnienia rynku, w Polsce odegrała podobną rolę: między 2016 a 2023 rokiem na polski rynek pracy trafiło niemal 944 tysiące zarejestrowanych w ZUS pracowników zagranicznych, głównie z Ukrainy. Pytanie, przed którym stoimy równolegle z Amerykanami, brzmi identycznie: czy inwestycje w automatyzację i robotyzację zdążą zrekompensować ubytek rąk do pracy, zanim demografia przyspieszy jeszcze bardziej.
Źródła i metodologia
Artykuł powstał na podstawie analizy redakcji AIPORT.pl oraz materiału Jona Marcusa opublikowanego przez The Hechinger Report w porozumieniu z The Washington Post z dnia 12.07.2026, a także danych i raportów Georgetown University Center on Education and the Workforce, Lightcast, JPMorganChase, Semiconductor Industry Association oraz U.S. Chamber of Commerce. Kontekst dla polskiego rynku pracy oparto na danych Głównego Urzędu Statystycznego oraz analizach Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Cytaty Matta Walsha, Ron Hetricka, Allison Shrivastavy i Brada Hershbeina zostały zweryfikowane z oryginalnym anglojęzycznym materiałem źródłowym. Komentarz redakcyjny i ocena kontekstu branżowego: Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl. Artykuł będzie aktualizowany w miarę pojawiania się nowych danych o niedoborze pracowników w USA i w Polsce.
