Olga Tokarczuk, laureatka literackiej Nagrody Nobla, publicznie przyznała, że korzysta ze sztucznej inteligencji przy pisaniu swojej najnowszej powieści. Wyznanie padło podczas tegorocznej edycji konferencji Impact w Poznaniu i niemal natychmiast wywołało lawinę komentarzy, krytyki, a miejscami zwykłego drwienia.
Kluczowe fakty:
- Olga Tokarczuk publicznie przyznała podczas konferencji Impact w Poznaniu, że korzysta ze sztucznej inteligencji przy pisaniu swojej najnowszej powieści, której premiera zaplanowana jest na jesień.
- Noblistka wykupiła zaawansowaną wersję modelu językowego i używa go do analizy pomysłów literackich, prosząc algorytm o rozwinięcie koncepcji twórczych.
- Tokarczuk docenia AI jako narzędzie wspierające kreatywność w literackiej fikcji, choć jednocześnie wskazuje na jego ograniczenia i skłonność do błędów faktograficznych.
Literatura w epoce modeli językowych
Poznański Impact to jedno z największych wydarzeń biznesowo-technologicznych w Polsce. W tym roku wśród gości znaleźli się George Clooney, premier Donald Tusk, astronauta Sławosz Uznański-Wiśniewski, ale to właśnie Tokarczuk skradła część medialnej uwagi.
Noblistka rozmawiała ze Sławomirem Sierakowskim, zaczynając od diagnozy współczesnego czytelnictwa. Jej zdaniem świat coraz słabiej sprzyja wymagającym, wielowątkowym powieściom. Odbiorcy szukają prostych historii, streszczeń, podcastów z zakończeniem podanym na tacy. Przy okazji ujawniła, że pracuje nad swoją ostatnią powieścią, której premiera ma nastąpić jesienią. Jest, jak sama powiedziała, „fizycznie wykończona samym procesem pisania i ślęczeniem przy klawiaturze komputera”.
I tu padło to wyznanie.
„Kochana, jak mogłybyśmy to pięknie rozwinąć?”
Tokarczuk otwarcie powiedziała, że wykupiła zaawansowaną wersję modelu językowego i nie kryje zachwytu:
„Wykupiłam sobie najwyższą, zaawansowaną wersję jednego modelu językowego i bywam w głębokim szoku, patrząc na to, jak fantastycznie powiększa on horyzonty i pogłębia myślenie kreatywne. Często wprost rzucam maszynie pomysł do analizy z prośbą: «kochana, jak mogłybyśmy to pięknie rozwinąć?». Mimo że wiem o halucynacjach i licznych błędach rzeczowych algorytmów na polu ścisłej ekonomii i twardych danych, muszę oddać to, że w płynnej literackiej fikcji ta technologia stanowi atut o niewiarygodnych wprost proporcjach.”
Dla zilustrowania ograniczeń modeli przytoczyła anegdotę: kiedy zapytała AI, przy jakich piosenkach mogliby tańczyć jej bohaterowie na dansingu kilkadziesiąt lat temu, system podrzucił kilka tytułów, a na koniec dorzucił „i jeszcze Golec Łorkiestra”. Z zabawnym błędem w nazwie.
Pisarze, przekonywała, ze względu na specyfikę swojego myślenia, „najszybciej i najściślej zwąchają się z narzędziami pokroju AI”. Ich umysły, jej zdaniem, działają asocjacyjnie i szeroko, co akurat dobrze koresponduje z tym, jak działają duże modele językowe.
Jednocześnie nie brakowało nuty nostalgii. „Serce boli, że odchodzi tradycyjna literatura pisana miesiącami w samotności, będąca dziełem życia skrojonym w głowie w pełni świadomego, jednego konkretnego indywiduum. Cholernie żal mi w tym wszystkim Balzaka, Ciorana i niepowtarzalnego Nabokowa, bowiem mimo mojego entuzjazmu nie wierzę, aby jakikolwiek nowoczesny czat kiedykolwiek zdołał przemówić w tak wykwintny sposób” – mówiła noblistka.
Co o tym sądzę?
Wyznanie Tokarczuk wywołało falę komentarzy, z których część była zdecydowanie przesadzona. Noblistka nie powiedziała, że AI pisze za nią książki. Powiedziała, że używa go jako narzędzia do rozwijania pomysłów. To istotna różnica. Z drugiej strony nie można ignorować pewnego niepokoju, który jej słowa rodzą. Granica między „inspiracją” a „współautorstwem” w kontekście modeli językowych jest znacznie bardziej rozmyta, niż mogłoby się wydawać. Jak sprawdzić, gdzie kończy się myśl pisarki, a zaczyna statystyczna improwizacja algorytmu? I czy w ogóle ma to znaczenie, skoro efekt końcowy trafia do czytelnika jako dzieło jednego nazwiska? To są pytania, które literatura i prawo autorskie będą musiały rozstrzygnąć. Wcześniej czy później.
Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl
Mróz i „chatbotowe delulu”
Internauci zareagowali natychmiast, a część z nich bezlitośnie.
Publicysta Miłosz Wiatrowski-Bujacz opublikował nagranie zatytułowane „Chatbotowe delulu Olgi Tokarczuk”, w którym wprost stwierdził, że noblistka „wpadła w psychozę AI” i traci zdolność krytycznego spojrzenia na to, co Claude (jeden z popularnych modeli) jej sugeruje.
Pod tym postem głos zabrał Remigiusz Mróz, jeden z najpoczytniejszych polskich pisarzy:
„Damn. A ja dalej jestem na etapie pytania ChataGPT, czy mogę za niego pisać ludziom odpowiedzi”
Komentarz Mroza błyskawicznie obiegł sieć. Krótki, ironiczny, bardzo skuteczny.
Reakcje były jednak bardziej zróżnicowane. Komentatorzy zwracali uwagę na kilka kwestii:
- Tokarczuk nie opisywała generowania powieści przez AI, lecz używania go jako narzędzia do intelektualnej rozmowy i rozwijania skojarzeń
- Antropomorfizacja w stylu „kochana” może być symptomem zbyt bliskiej relacji z narzędziem, które nie ma emocji
- Noblistka sama wielokrotnie podkreślała ograniczenia modeli i mówiła o nich z wyraźnym dystansem
- Debata ujawniła coś ważniejszego: głęboki lęk o to, czym w ogóle jest twórczość w erze generatywnej AI
Nie chodzi tylko o Tokarczuk
Warto zachować proporcje. Wiele osób w branży kreatywnej korzysta dziś z modeli językowych do pracy nad tekstem, nie informując o tym publicznie. Tokarczuk miała odwagę powiedzieć to wprost. Że używa, że widzi wartość, że jednocześnie czuje żal.
To bardziej uczciwe niż milczenie.
Pytanie, które pozostaje otwarte, brzmi inaczej: skoro narzędzia AI coraz głębiej wnikają w procesy twórcze, to kto i jak powinien to oznaczać? Czytelnicy mają prawo wiedzieć, jak powstaje dzieło, które kupują. I tu żaden zachwyt technologią, ani strach przed nią, nie zastąpi jasnych zasad.
