Polska Mimira zebrała ponad 4 mln zł w rundzie pre-seed prowadzonej przez brytyjski fundusz Elder Gull i chce zdjąć z firm najbardziej żmudną część zamówień publicznych: szukanie postępowań, czytanie SWZ i wypełnianie formularzy. Spółka celuje w rynek, na którym pieniędzy jest bardzo dużo, a chętnych do sięgnięcia po nie zaskakująco mało.
Kluczowe fakty:
- Polska firma Mimira zebrała ponad 4 mln zł w rundzie pre-seed prowadzonej przez brytyjski fundusz Elder Gull, którego portfel obejmował wcześniej takie spółki jak Carta i Darktrace.
- Platforma codziennie przeszukuje kilkanaście tysięcy źródeł zamówień publicznych, w tym e-Zamówienia, unijny TED oraz liczne platformy zakupowe, dopasowując postępowania do profilu firmy zamiast prostego wyszukiwania słów kluczowych.
- System automatycznie streszcza dokumentację przetargową, szacuje wartość zamówienia na podstawie bazy ponad 2 mln historycznych postępowań oraz wypełnia formularze i oświadczenia w formatach Word i Excel.
Za projektem stoją Mikołaj Grelewicz, inżynier i finansista po UCL i Oksfordzie, oraz Maciej Kensicki, prawnik po Uniwersytecie Warszawskim i Heidelbergu z MBA na Hult Business School. Rundę poprowadził Elder Gull, fundusz założony przez Thomasa Williamsa, byłego partnera Talis Capital, w którego portfelu znalazły się wcześniej Carta i Darktrace. Do inwestorów dołączył Paweł Ossowski, prezes Zarys International, firmy wygrywającej rocznie tysiące postępowań w segmencie medycznym. To akurat ma znaczenie, bo pieniądze przyszły od kogoś, kto tę papierologię zna od podszewki.
Co Mimira faktycznie robi z dokumentacją
Platforma codziennie przeczesuje kilkanaście tysięcy źródeł: portal e-Zamówienia, unijny TED, platformy zakupowe pokroju eB2B, Logintrade czy Bazy Konkurencyjności, a także tysiące biuletynów informacji publicznej. Potem dopasowuje postępowania nie po słowach kluczowych, tylko po profilu firmy zbudowanym ze strony internetowej, danych z KRS lub CEIDG, referencji i wcześniejszych decyzji użytkownika o przyjęciu albo odrzuceniu przetargu.
Dalej zaczyna się część, która odróżnia Mimirę od zwykłej wyszukiwarki. System streszcza wymagania, kryteria oceny, terminy, wadium i warunki finansowe, w tym kary umowne i zaliczki. Udostępnia asystenta, który odpowiada na pytania o konkretną dokumentację i wskazuje fragment, z którego wziął odpowiedź. Szacuje orientacyjną wartość zamówienia, porównując je z bazą ponad 2 mln historycznych postępowań. I wreszcie wypełnia formularze, oświadczenia oraz załączniki w Wordzie i Excelu.
Grelewicz tłumaczy sens tej różnicy krótko. Narzędzia, które tylko znajdują przetargi i analizują dokumenty, robią według niego dopiero pierwszy krok: „To ważny, ale dopiero pierwszy krok”.
Gdzie kończy się automat, a zaczyna odpowiedzialność
Model jest hybrydowy i to jego najmocniejszy punkt. Zanim komplet trafi do klienta, sprawdza go ekspert od prawa zamówień publicznych. Firma dostaje pliki wraz z listą pól do potwierdzenia, instrukcją dotyczącą wadium i informacją, gdzie ofertę złożyć.
Czego platforma nie robi za wykonawcę:
- nie podpisuje dokumentów, podpis zawsze składa klient
- nie ustala ceny ofertowej, bo tę zna wyłącznie sam wykonawca
- nie deklaruje danych, których firma wcześniej nie potwierdziła
- nie tworzy autorskiej koncepcji, projektu ani strategii, jeśli zamówienie tego wymaga
- nie obsługuje strony zamawiającego, nie przygotowuje SWZ ani ogłoszeń
To rozgraniczenie jest uczciwe i dobrze, że spółka mówi o nim wprost. Formalnym uczestnikiem postępowania pozostaje firma i to ona ponosi konsekwencje błędu, niezależnie od tego, czy błąd popełnił człowiek, czy model językowy.
Podoba mi się, że Mimira nie sprzedaje bajki o w pełni automatycznym składaniu ofert. Ekspert na końcu procesu to nie jest ozdobnik marketingowy, tylko przyznanie, że w przetargach cena pomyłki bywa wyższa niż koszt całego narzędzia. Jednocześnie mam z tyłu głowy pytanie, na które nikt jeszcze nie odpowiedział: co się stanie, gdy takich platform będzie na rynku kilkanaście i wszystkie zaczną podpowiadać wycenę na podstawie tych samych historycznych danych? Konkurencja może wzrosnąć ilościowo, a jednocześnie spłaszczyć się jakościowo, bo oferty zaczną wyglądać podobnie. Osobna kwestia to odpowiedzialność. Dokument podpisuje przedsiębiorca, więc jeśli model przepisze złą kwotę wadium albo pominie oświadczenie, w Krajowej Izbie Odwoławczej nikt nie będzie pytał o wersję modelu. Warto o tym pamiętać, zanim ktoś potraktuje takie narzędzie jak autopilota.
Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl
Liczby, które podaje sama spółka, i liczby, które da się sprawdzić
Tu potrzebne jest rozróżnienie. Mimira deklaruje, że jej klienci składają trzy do czterech razy więcej ofert niż wcześniej, że czas poświęcany na obsługę przetargów spada o 90 do 95 procent, a dokumentacja powstaje zwykle w ciągu 48 godzin. Średnia wartość wygrywanego kontraktu to według spółki około 400 tys. zł. W anglojęzycznym materiale o rundzie podano też skalę działania: ponad 100 klientów, blisko tysiąc ofert i kontrakty o łącznej wartości przekraczającej 300 mln zł. Model biznesowy opiera się na abonamencie, z wariantem zawierającym wynagrodzenie od sukcesu.
To dane od dostawcy i tak trzeba je czytać. Sprawdziłem natomiast to, co można sprawdzić niezależnie. Materiały Mimiry powołują się na sprawozdanie Prezesa UZP i kwotę 595,3 mld zł za 2025 rok. Ostatnie oficjalnie opublikowane sprawozdanie obejmuje rok 2024: wartość całego rynku zamówień publicznych wyniosła wtedy około 587 mld zł, z czego 330,4 mld zł przypadło na zamówienia udzielone na podstawie ustawy Prawo zamówień publicznych, czyli ponad 50 mld zł więcej niż rok wcześniej. To był największy skok w historii polskiego rynku. Średnia liczba ofert na jedno postępowanie wyniosła 2,89 wobec 2,63 rok wcześniej, a liczba odwołań do KIO po raz pierwszy przekroczyła 5 tysięcy. Dziennik Gazeta Prawna przypomina prognozę, według której rynek może dobić do biliona złotych w 2029 roku.
Czyli rynek rośnie szybciej niż konkurencja o niego. I to jest cała teza inwestycyjna Mimiry.
Minerva, BidScript i wyścig o europejskie 2 biliony euro
Mimira nie działa w próżni i nie jest pierwsza. Poznańska Minerva, założona w 2025 roku przez Wiktora Gawła, Piotra Gerke i Macieja Stoińskiego, pozyskała 3 mln dolarów od fińskiego Open Ocean VC, deklaruje 287 klientów, 1342 wygrane przetargi o wartości ponad miliarda złotych i roczny powtarzalny przychód rzędu 2,5 mln dolarów. Celuje w status jednorożca do 2028 roku. Na rynku jest też TenderPro, w które zainwestował Tar Heel Capital Pathfinder.
W Europie zrobiło się gęsto. Manchesterski BidScript przekroczył milion dolarów finansowania pre-seed, paryski Pivot zebrał 34,4 mln euro w rundzie B na agentowe zakupy, a rynek narzędzi przetargowych przechodzi konsolidację: tylko w pierwszej połowie 2026 roku zamknięto pięć przejęć. Jedna z platform, Tendery, zakończyła działalność w kwietniu i przekazała klientów konkurentowi. Europejskie zamówienia publiczne to ponad 2 biliony euro rocznie, więc chętnych do budowania na tym oprogramowania będzie tylko przybywać. Pytanie brzmi, ilu z nich dotrwa do momentu, w którym klienci zaczną porównywać skuteczność, a nie obietnice.
Certyfikacja wykonawców zmienia część równania, ale nie tę najtrudniejszą
12 lipca 2026 roku weszła w życie ustawa z 5 sierpnia 2025 roku o certyfikacji wykonawców zamówień publicznych. Firma, która uzyska certyfikat braku podstaw wykluczenia albo certyfikat zdolności, nie będzie musiała za każdym razem kompletować zaświadczeń z urzędu skarbowego, ZUS i KRK. Zrobi to raz, a przez okres ważności certyfikatu posłuży się dokumentem elektronicznym weryfikowanym w Bazie Danych o Certyfikacji Wykonawców prowadzonej przez ministra właściwego do spraw gospodarki.
Brzmi to jak cios w model biznesowy platform automatyzujących papierologię, ale tylko pozornie. Po pierwsze system rusza etapami: rozporządzenie o poziomach zdolności wykonawcy przy robotach budowlanych ma wejść w życie dopiero 1 stycznia 2027 roku, a do tego czasu zamawiający konstruują warunki udziału po staremu. Po drugie certyfikacja załatwia sprawę dokumentów podmiotowych, a nie analizy samego postępowania. Nikt za wykonawcę nie przeczyta osiemdziesięciu stron SWZ, nie policzy kar umownych i nie sprawdzi, czy zamawiający zmienił termin składania ofert dwa dni temu.
I właśnie w tym miejscu takie narzędzia mają sens. Nie dlatego, że firmy nie umieją wypełniać formularzy, tylko dlatego, że nikt nie ma czasu przeglądać kilkuset ogłoszeń dziennie. Kensicki sprowadza to do prostego testu: „Wystarczy pięć minut, żeby sprawdzić, czy w twojej branży są przetargi”. Zwykle są. Problemem nigdy nie był brak rynku.
Źródła i metodologia
Artykuł powstał na podstawie analizy redakcji AIPORT.pl oraz materiałów źródłowych, w tym materiału sponsorowanego przez Mimirę opublikowanego w serwisie Money.pl 19 sierpnia 2026 roku, anglojęzycznego omówienia rundy finansowania XYZ Poland Unpacked oraz przeglądu europejskiego rynku narzędzi przetargowych EU-Startups. Dane o wartości rynku zamówień publicznych zweryfikowano na podstawie sprawozdania Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych za 2024 rok w relacji PAP Biznes. Informacje o ustawie o certyfikacji wykonawców pochodzą z komunikatów Urzędu Zamówień Publicznych i Ministerstwa Rozwoju i Technologii na portalu gov.pl. Kontekst konkurencyjny opracowano na podstawie publikacji Forbes Polska, MamStartup, MamBiznes, Portalu ZP i Dziennika Gazeta Prawna. Cytaty Mikołaja Grelewicza i Macieja Kensickiego pochodzą z polskojęzycznych materiałów prasowych spółki. Dane o skuteczności platformy podawane przez Mimirę nie zostały niezależnie zweryfikowane i zostały oznaczone w tekście jako deklaracje dostawcy. Komentarz redakcyjny i ocena kontekstu branżowego: Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl. Artykuł będzie aktualizowany w miarę pojawiania się nowych informacji o rozwoju Mimiry i rynku narzędzi AI do zamówień publicznych.

Jeden komentarz
Doceniam analizę i fact checking. Warto przyglądać się jak będzie zmieniał się rynek przetargów. Małe startupy powstają coraz gęściej dlatego wbrew pozorom konkurencja jest duża. Dziś AI jest wszędzie, ale jak z niego korzystasz i jak szeroko potrafisz zbierać dane to już inna para kaloszy.