Wyobraź sobie, że wchodzisz na stronę partii politycznej i widzisz człowieka, który nie żyje od czternastu lat. Stoi w polu pszenicy, trzyma kłos i mówi, że został zamordowany. Ale zaraz potem poleca ci konkretne ugrupowanie. Nie, to nie scena z horroru. To polska polityka w 2026 roku.
Kluczowe fakty:
- Samoobrona Odrodzenie opublikowała spot wyborczy z wygenerowanym przez AI wizerunkiem zmarłego w 2011 roku Andrzeja Leppera, bez oznaczenia, że to treść stworzona przez sztuczną inteligencję.
- Politycy Koalicji Obywatelskiej i PiS używali deepfake'ów w aferze Zondacrypto, publikując sfabrykowane lub przerobione przez AI zdjęcia swoich przeciwników politycznych.
- Stworzenie realistycznego deepfake'a polityka zajmuje obecnie tylko kilka minut i wymaga zaledwie 20 minut nagrania jego wypowiedzi, co sprawia, że narzędzia te są dostępne dla każdego użytkownika internetu.
Samoobrona Odrodzenie – jedna z trzech partii w Polsce odwołujących się do dziedzictwa Andrzeja Leppera – opublikowała spot wyborczy z wygenerowanym przez AI wizerunkiem zmarłego w 2011 roku lidera Samoobrony. Cyfrowy Lepper stoi pośród zboża i wygłasza orędzie: przyznaje, że „został zamordowany”, po czym rekomenduje partię i ostrzega PiS. Film trafił na główną stronę ugrupowania, bez żadnego oznaczenia, że to treść stworzona przez sztuczną inteligencję.
Przewodniczący partii nie widzi problemu
Jerzy Andrzejewski, szef Samoobrony Odrodzenia, broni tego kroku bez cienia zawahania. Jego zdaniem to po prostu nowoczesny PR:
To jest forma zainteresowania wyborców. Tak wygląda w dzisiejszych czasach polityczny PR. Ta forma przekazu ma zmusić ludzi do myślenia. Wszyscy wiedzą, że Andrzej Lepper nie żyje, więc nie można tego uznać za wprowadzanie w błąd.
Nie wyklucza przy tym, że partia sięgnie po podobne narzędzia ponownie. Bo po co mieć opory, skoro działa?
To nie jest problem tylko niszowych partii
Gdyby deepfake’i polityczne były domeną wyłącznie marginalnych ugrupowań, można by machnąć ręką. Problem w tym, że sięgają po nie politycy z pierwszych stron gazet.
Przy okazji afery Zondacrypto – giełdy kryptowalut, która wcześniej sponsorowała środowiska prawicowe – politycy Koalicji Obywatelskiej i PiS wdali się w swoistą wojnę na sfabrykowane obrazy. Jan Grabiec, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, wrzucił na X zdjęcie polityków PiS pod szyldem Zondacrypto. Tyle że zdjęcie było przeróbką fotografii z 2023 roku, kiedy ci sami politycy pozowali na tle hasła „Bezpieczna Polska”.
Odpowiedź PiS nie kazała na siebie długo czekać. Poseł Andrzej Śliwka opublikował wygenerowane przez AI zdjęcie Grabca ściskającego dłoń prezesa Zondacrypto. Z kolei Janusz Kowalski pochwalił się fotografią premiera Tuska w koszulce Lechii Gdańsk ze znakiem giełdy – koszulka była prawdziwa, ale zdjęcie zostało podrasowane przez AI tak, żeby logo było lepiej widoczne. Kowalski tłumaczył się, że „przekaz był prawdziwy”. Giertych zaś bronił swojego fałszywego zdjęcia podobnym argumentem: wszyscy wiedzą, że związki PiS z Zondacrypto istnieją, więc obrazek tylko to ilustruje.
Innymi słowy: cel uświęca środki. I właśnie to jest najbardziej niepokojące.
Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl: Rozumiem pokusę. Narzędzia są dostępne, tanie, szybkie, a efekty spektakularne. Ale musimy zadać sobie fundamentalne pytanie: gdzie kończy się satyra i ilustracja polityczna, a gdzie zaczyna się manipulacja? Wkładanie słów w usta żyjącego polityka bez jego zgody to jedno – można to jeszcze bronić jako komentarz. Ale przywracanie do życia osoby nieżyjącej i każenie jej popierać ugrupowanie, które za jej życia nie istniało, to już operacja na granicy, której nie wyznacza prawo, lecz przyzwoitość. AI nie jest tu problemem. Problemem jest decyzja, do czego jej używamy. A jeśli politycy – zamiast wyznaczać standardy – aktywnie obniżają poprzeczkę, to co mamy powiedzieć zwykłym internautom?
Narzędzia są dostępne każdemu – to część problemu
Poseł PiS Dariusz Matecki przyznaje wprost, że AI jest jego codziennym narzędziem. Większość grafik na jego profilach społecznościowych powstaje za pomocą sztucznej inteligencji. I zachwala prostotę obsługi:
Stworzenie awatara dowolnego posła z dowolną wypowiedzią na mównicy sejmowej zajmuje dziś kilka minut. Wystarczy zgrać 20 minut wypowiedzi danego parlamentarzysty, by sztuczna inteligencja odtworzyła postać z dokładnym głosem i mimiką, w zasadzie nie do odróżnienia. Nie trzeba być grafikiem czy informatykiem. To są narzędzia publicznie dostępne dla każdego.
I to właśnie jest sedno sprawy. Bariera wejścia praktycznie zniknęła.
Żeby zobaczyć skalę zjawiska, wystarczy przejrzeć to, co w ostatnich tygodniach krążyło po polskim internecie:
- Wygenerowane przez AI nagranie marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego rzekomo całującego ukraińską flagę
- Fałszywe zdjęcie posła KO Franciszka Sterczewskiego w kostiumie erotycznego kota (które w rzeczywistości przedstawiało łudząco podobnego do niego piosenkarza Daniela Larsona)
- Przerobione zdjęcia polityków wiązające ich z aferą Zondacrypto – z obu stron politycznej barykady
Brak oznakowania to sedno problemu
Marcel Kiełtyka ze stowarzyszenia Demagog wskazuje na kluczową kwestię: politycy coraz powszechniej korzystają z AI w komunikacji, ale nie oznaczają tego, co wygenerowali. A to ma realne konsekwencje:
Wyborcy, szczególnie ci, którzy nie posiadają odpowiednich kompetencji cyfrowych, mogą uznać przedstawione zdarzenia za prawdziwe. Jest to poważny problem, bo to właśnie m.in. politycy powinni wyznaczać standardy i edukować społeczeństwo w zakresie nowych technologii.
I tu pojawia się najpoważniejsze zagrożenie w perspektywie wyborczej. Słowacja 2023 roku to nie abstrakcja – na dwa dni przed wyborami w sieci pojawiło się nagranie, w którym przewodniczący Postępowej Słowacji Michal Šimečka „przyznawał się” do kupowania głosów w społeczności romskiej. Nagranie było fałszywe, pojawiło się w ciszy wyborczej, reakcja była spóźniona.
Na Węgrzech środowisko wspierające Fidesz opublikowało z kolei fikcyjną rozmowę między szefową Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen a liderem ówczesnej opozycji Péterem Magyarem, w której ta miała instruować go, by po wyborach przelał pieniądze na Ukrainę.
Co nas czeka?
Kiełtyka nie uspokaja. W ostatnich polskich wyborach deepfake’i były jeszcze zjawiskiem marginalnym. Jego zdaniem to może się zmienić.
Polska scena polityczna dostała właśnie sygnał alarmowy. Pytanie, czy ktokolwiek ma ochotę go usłyszeć.
