Hany Farid analizował deepfake’i przez dwadzieścia lat. Teraz, jak sam mówi, czuje że „traci wzrok” – i właśnie spakował się do lasu w Vermont. To nie jest metafora. To dosłowny opis stanu, w jakim znalazł się jeden z najbardziej doświadczonych na świecie specjalistów od weryfikacji obrazu.
Kluczowe fakty:
- Hany Farid, jeden z najbardziej doświadczonych na świecie specjalistów od weryfikacji obrazu, po dwudziestu latach analizy deepfake'ów przyznaje, że materiały generowane przez AI stały się praktycznie nieodróżnialne od prawdziwych nagrań.
- Fałszywe zdjęcie eksplozji w Pentagonie z 2023 roku spowodowało w ciągu kilku minut wymazanie ponad 500 miliardów dolarów kapitalizacji giełdowej.
- Według New York Times tysiące północnokoreańskich agentów rządowych aplikuje na zdalne stanowiska w amerykańskich firmach, wykorzystując AI do podszywania się pod Amerykanów podczas rozmów na żywo.
Wideo z rakietą, które nie powinno być prawdziwe (ale było)
Niedzielny poranek, skrzynka mailowa Farida zapełnia się w kilka minut. Link do wirusowego wideo, ponad milion wyświetleń, treść: amerykańska rakieta uderza w szkołę podstawową w irańskim mieście Minab, ponad 150 zabitych, w większości dzieci.
Farid robi to, co robi od lat. Bierze ołówek, notatnik, zwalnia nagranie kadr po kadrze. Sprawdza geometrię cieni. Liczy piksele, żeby ustalić długość rakiety (wychodzi mu około 5,5 metra, czyli tyle, ile powinien mieć Tomahawk). Geolokalizuje materiał – ulica w Minab, kilkaset metrów od szkoły.
Wniosek po całym dniu analiz? Nagranie jest prawdziwe. Żadnych śladów manipulacji.
I tu jest cały problem. Bo jeszcze kilka lat temu taka analiza byłaby formalnością. Teraz Farid sam przyznaje, że nie potrafił od razu uwierzyć własnym wynikom. Spał źle tej nocy. We śnie był w tej klasie.
Skala problemu: nie chodzi już o pojedyncze przypadki
Warto zrozumieć, jak szybko to się rozwija. Jeszcze w 2023 roku fałszywe zdjęcie eksplozji w Pentagonie na chwilę zachwiało giełdą – w ciągu kilku minut wymazało ponad 500 miliardów dolarów kapitalizacji. Deepfaki z wojny w Ukrainie miały wtedy charakterystyczne błędy: przebarwione eksplozje, zdeformowane budynki, dało się je rozpoznać.
Materiały z Gazy były już dużo lepsze. A do czasu wojny z Iranem – krótkie nagrania generowane przez AI stały się praktycznie nieodróżnialne od rzeczywistych.
To nie jest tylko problem dziennikarzy weryfikujących wiadomości. Z artykułu New York Times wynika, że:
- tysiące północnokoreańskich agentów rządowych aplikuje obecnie na zdalne stanowiska w amerykańskich firmach, używając AI do podawania się za Amerykanów na żywo podczas rozmów na Zoomie – a zarobki trafiają na finansowanie programu nuklearnego
- osoba bez umiejętności technicznych może na podstawie jednego zdjęcia i 10-sekundowego nagrania głosu „wcielić się” w kogoś innego online
- sam Farid stał się ofiarą – ktoś sklonował jego głos i podszywał się pod niego w rozmowie z kolegą prowadzącym wrażliwą sprawę
Farid i jego żona od tamtej pory mają hasło bezpieczeństwa, którym potwierdzają sobie nawzajem, że rozmawiają z prawdziwym człowiekiem. Pomyślcie o tym przez chwilę. Para naukowców z Berkeley musi sobie hasłować rozmowy telefoniczne, żeby mieć pewność, że to nie jest klon głosu.
Śledzę temat deepfake’ów od dawna i regularnie wracam do takich historii, bo pokazują coś, czego żaden raport branżowy nie ujmie w liczbach – psychologiczny koszt życia w świecie, gdzie nic nie jest tym, na co wygląda. Farid to nie jakiś przypadkowy alarmista. To człowiek, który dosłownie wynalazł narzędzia do wykrywania manipulacji wideo. Jeśli on mówi „jestem pogubiony”, to sygnał, że problem przestał być teoretyczny.
Z drugiej strony – i to też trzeba powiedzieć – nie wszystko jest aż tak czarne. Te same modele generatywne, które produkują fałszywe nagrania z eksplozjami, w innych zastosowaniach realnie pomagają: w diagnostyce medycznej, w dostępności dla osób z dysfunkcjami wzroku, w edukacji. Problem nie leży w samej technologii, a w tempie jej udostępniania bez równoległego budowania mechanizmów weryfikacji.
Pytanie, które mnie nurtuje: czy rozwiązaniem są lepsze narzędzia detekcji, czy raczej fundamentalna zmiana tego, jak konsumujemy informacje? Bo jeśli średni czas życia posta w mediach społecznościowych to mniej niż 90 sekund, a analiza autentyczności trwa godziny – to nawet najlepszy detektor przegrywa z czasem. Może problemem nie jest brak narzędzi, a architektura platform, które nagradzają szybkość, nie prawdę?
Z drugiej strony, znowu – czy realistycznie ktoś zmieni tę architekturę, jeśli na szybkości i viralowości zarabia? Tu chyba leży sedno: technologia nie jest neutralna, ale modele biznesowe platform są jeszcze mniej neutralne.
„Jesteśmy mocno w d***e” – czyli czego uczy się dziś na Berkeley
Farid prowadzi też zajęcia na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Jeden ze studentów podsumował sytuację krótko: tworzenie deepfake’ów jest łatwe, szybkie i niedrogie, wykrywanie – kosztowne i trudne. Czy istnieje rozwiązanie, czy „jesteśmy po prostu zjebani”?
Odpowiedź Farida, bez owijania w bawełnę: „We’re pretty screwed” / „Jesteśmy mocno w d***e”.
Niemniej – i to akurat jest ciekawe – Farid wciąż wierzy, że jego metody działają. Opracował algorytmy, które analizują mimowolne sygnały biologiczne: rozszerzanie się źrenic, przepływ krwi pod skórą twarzy widoczny jako subtelna zmiana koloru. AI-owy awatar nie ma takiego „pulsu”. Tylko że każda taka analiza zajmuje czas, a internet nie czeka.
Dlaczego to akurat teraz trafia na pierwsze strony
Reportaż The New York Times, na podstawie którego powstał ten artykuł, ukazał się 14 czerwca 2026 roku i otworzył wydanie papierowe gazety. To samo w sobie mówi dużo – redakcja jednego z najbardziej wpływowych dzienników na świecie uznała, że kryzys zaufania do obrazu zasługuje na pierwszą stronę, nie na dział technologiczny.
I to wpisuje się w szerszy trend, który obserwuję od miesięcy. Coraz więcej regulatorów – w Unii Europejskiej w ramach AI Act, ale też w poszczególnych krajach – próbuje wprowadzić obowiązkowe oznaczanie treści generowanych przez AI. Problem? Egzekwowanie takich przepisów wobec treści, które krążą globalnie i powstają w ciągu minut, jest praktycznie niewykonalne bez współpracy samych platform. A platformy, jak zauważa Farid, „spalą wszystko do gruntu, jeśli to oznacza zysk”.
Co dalej z Faridem
Najbardziej uderzające w całej historii jest to, co Farid i jego żona, Emily Cooper (sama naukowczyni zajmująca się percepcją wzrokową na Berkeley), zrobili w odpowiedzi na ten kryzys. Kupili stuletnią chatę w Vermont, kawałek lasu, 40 hektarów bez sąsiadów w zasięgu wzroku. Rąbią drewno na zimę. Cooper pisze teraz beletrystykę.
To gest symboliczny, ale też bardzo konkretny – ucieczka od ekranu jako reakcja na świat, w którym ekran przestał być wiarygodny. Czy to rozwiązanie dla wszystkich? Oczywiście nie. Ale jako diagnoza stanu, w jakim znalazł się człowiek mający największą na świecie wiedzę o tym, co jest prawdziwe a co nie – to chyba mówi wszystko.
Tak czy inaczej, ten temat nie zniknie. I raczej szybko się nie skończy.
