Średnia z egzaminu domowego wyniosła 96 na 100 punktów. Gdy ten sam profesor zamienił test na stacjonarny, wynik spadł do 48,6 punktu. Roberto Serrano, ekonomista z Brown University, ma teraz twardy dowód na to, co wielu wykładowców na całym świecie podejrzewało od miesięcy.
Kluczowe fakty:
- Roberto Serrano, ekonomista z Brown University, po raz pierwszy wprowadził egzamin domowy w swoim kursie, a średnia wyników skoczyła do 96/100 punktów, podczas gdy historycznie wynosiła od 65 do 80 procent.
- Serrano wykrył masowe korzystanie z ChatGPT, porównując prace studentów z odpowiedziami modelu – charakterystycznym sygnałem było wybieranie przez obu dowodu przez sprzeczność zamiast naturalniejszego i prostszego dowodu wprost.
- Gdy profesor zamienił egzamin na stacjonarny, średnia wyników spadła do 48,6 punktu, co stanowi niemal dwukrotną różnicę w stosunku do wyników egzaminu domowego.
Serrano prowadzi kurs Welfare Economics and Social Choice Theory na Brown od blisko dwudziestu lat. Tej wiosny, po raz pierwszy w swojej karierze, zdecydował się dać studentom egzamin do zrobienia w domu. Powód był ludzki, nie akademicki: po grudniowej strzelaninie na terenie kampusu, w której zginęły dwie osoby a dziewięć zostało rannych, część studentów zgłaszała lęk przed siedzeniem w zamkniętej sali. Serrano uznał, że złagodzenie formuły egzaminu będzie w tej sytuacji właściwe.
Kurs, który zwykle przyciągał od ośmiu do trzydziestu osób, tej wiosny zebrał aż 86 zapisanych studentów, głównie z uwagi na zapowiedź egzaminu domowego. Kiedy przyszły wyniki, coś od razu wydawało się nie tak. Historycznie średnia w tym kursie wahała się między 65 a 80 procent, mimo że sam egzamin domowy był trudniejszy niż poprzednie wersje testu, bo nieograniczony czas pozwalał postawić bardziej wymagające pytania. Tym razem średnia wyniosła 96 procent.
Jak profesor złapał ChatGPT na kłamstwie
Serrano razem z asystentami postanowił sprawdzić podejrzenia w praktyce. Przepuścili treść egzaminu przez ChatGPT i porównali odpowiedzi modelu z pracami studentów. Wynik był, jego słowami, „poprawny, ale bardzo krzywy i napisany w bardzo zawiły sposób”.
Najbardziej wymowny okazał się jeden konkretny przykład. Jedno z pytań wymagało udowodnienia twierdzenia matematycznego, które najbardziej naturalnie rozwiązuje się metodą dowodu wprost. Tymczasem ChatGPT i spora część studentów wybrała dowód przez sprowadzenie do sprzeczności, metodę technicznie poprawną, ale w tym kontekście naciąganą i nietypową dla sposobu myślenia człowieka, który zna materiał od podszewki. Serrano rozpoznał ten wzorzec natychmiast.
W wiadomości do studentów napisał wprost, że podejrzewa masowe użycie AI, i zapowiedział zmianę formuły finalnego egzaminu na stacjonarną, za zgodą swojego dziekana. Zaznaczył przy tym, że nie unieważnia od razu wyniku egzaminu domowego, tylko daje klasie szansę udowodnić, że się myli. Jeśli rozkład wyników finału będzie zbliżony do rozkładu z egzaminu domowego, ten drugi zostanie uznany. Jeśli nie, zostanie unieważniony.
Odpowiedź klasy była wymowna sama w sobie. Osiemnastu studentów wypisało się z kursu. Dziewięciu zostało zapisanych, ale nie podeszło do finału. A średnia wyników spadła do 48,6 procent, najniższej w historii tego kursu, przy czym wcześniej nigdy nie zeszła poniżej 65 procent. Troje studentów dostało zero punktów. Ostatecznie z kursu obleciało 19 osób.
Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl
Ta historia jest wyjątkowa nie dlatego, że pokazuje coś nowego. Wszyscy, którzy uczą na uczelniach, od dawna podejrzewają skalę problemu. Wyjątkowe jest to, że mamy tu twarde liczby, egzamin domowy kontra egzamin stacjonarny na tej samej grupie, ten sam poziom trudności, różnica 47 punktów procentowych.
Trudno o czystszy eksperyment naturalny. I trudno się dziwić, że administracja uczelni wolałaby, żeby ta historia po cichu wygasła, bo odpowiedź na pytanie „ile było warte wykształcenie zdobyte w tym semestrze” jest niewygodna dla każdego, kto sprzedaje studentom dyplom za grube pieniądze.
Zarazem nie sądzę, żeby rozwiązaniem był powrót do świata sprzed ChatGPT. Egzaminy ustne, prace obronione twarzą w twarz, mniejszy nacisk na kartkówki, to wszystko brzmi rozsądnie. Pytanie brzmi, czy uczelnie zrobią to zawczasu, czy dopiero po kolejnym takim skandalu.
Uczelnia reaguje bez entuzjazmu
Serrano przesłał swoje dane do Standing Committee on the Academic Code w maju i przez długi czas nie dostał żadnej odpowiedzi. Dopiero gdy pod koniec czerwca upublicznił sprawę, komitet, za pośrednictwem szefa jego wydziału, poprosił go o złożenie indywidualnych skarg na każdego podejrzanego studenta wraz z kopiami ich prac.
Sam profesor nazwał to podejście „śmieszne” i podejrzewa, że komitet planuje przepuścić prace przez narzędzie do wykrywania AI, notorycznie generujące zarówno fałszywe alarmy, jak i przeoczenia. Rzecznik Brown, Brian Clark, odpowiedział mediom, że procedura rozpatrywania skarg o naruszenie uczciwości akademickiej jest identyczna niezależnie od tego, czy dotyczy jednego studenta, czy wielu, i że to Serrano nie dostarczył komitetowi wymaganych szczegółów do formalnego rozpatrzenia sprawy.
Tricia Bertram Gallant, dyrektorka biura ds. uczciwości akademickiej na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego, wskazuje na szerszy problem strukturalny. Wykładowcy zgłaszający masowe ściąganie nie dostają za to żadnej dodatkowej gratyfikacji ani czasu, a mimo to muszą samodzielnie prowadzić dochodzenia obejmujące dziesiątki przypadków. Jej zdaniem to, że większość uczelni, także tych bogatych, nie zatrudnia płatnych specjalistów od uczciwości akademickiej, samo w sobie mówi wiele o tym, jak faktycznie traktują ten problem.
Równolegle do sprawy Serrano na Brown działał komitet ds. generatywnej AI w nauczaniu, który we wtorek opublikował swój pierwszy raport. Z ankiety wśród 105 wykładowców wynika, że trzy czwarte z nich obawia się ściągania z użyciem AI, dokładnie tyle samo co w ogólnokrajowym badaniu American Association of Colleges and Universities z 2025 roku. Komitet zaleca uczelni zmianę kodeksu akademickiego tak, by wprost adresował realia generatywnej AI, jednocześnie sugerując odejście od karania na rzecz otwartego dialogu, bo, jak czytamy w raporcie, nie istnieje sposób na stuprocentowo pewne wykrycie użycia AI, a normy w tej sprawie będą się jeszcze zmieniać.
Skala zjawiska nie jest lokalną anomalią
Przypadek Brown wpisuje się w znacznie szerszy trend obserwowany na uczelniach w Stanach Zjednoczonych. Na Princeton od 1 lipca wszystkie egzaminy stacjonarne są nadzorowane, co kończy zasadę zaufania obowiązującą tam nieprzerwanie od 1893 roku. W badaniu wśród studentów ostatniego roku niemal 30 procent przyznało się do ściągania na zadaniu lub egzaminie, a ponad 44 procent wiedziało o naruszeniu kodeksu honorowego i tego nie zgłosiło.
Na Uniwersytecie Cornella studenci inżynierii biomedycznej muszą dziś bronić swoich prac ustnie, bez dostępu do laptopa i notatek, bo jak tłumaczy prowadzący tam zajęcia profesor Chris Schaffer, tej metody weryfikacji „nie da się zrobić przez AI”. Podobne rozwiązania wprowadza Uniwersytet Nowojorski, gdzie część wykładowców korzysta nawet z botów głosowych do przepytywania studentów z detali projektów zespołowych.
Dane liczbowe potwierdzają, że problem narasta w tempie, które trudno nazwać marginalnym:
- W Wielkiej Brytanii odsetek studentów korzystających z AI do generowania gotowego tekstu wzrósł z 30 do 64 procent w ciągu jednego roku akademickiego, według badania HEPI i Kortext
- 18 procent brytyjskich studentów przyznaje wprost, że oddawało tekst wygenerowany przez AI jako własną pracę
- W Wielkiej Brytanii niemal 7 tysięcy studentów zostało formalnie przyłapanych na ściąganiu z użyciem AI w roku akademickim 2023/24, trzy razy więcej niż rok wcześniej
- W teście Uniwersytetu Reading aż 94 procent prac egzaminacyjnych napisanych przez AI przeszło niewykryte przez osoby sprawdzające
Co to oznacza dla polskich uczelni?
Polskie uczelnie borykają się z dokładnie tym samym dylematem, choć na razie mniej głośno. Ośrodek Przetwarzania Informacji rozbudował Jednolity System Antyplagiatowy o funkcję analizującą regularność językową tekstu, bo im bardziej przewidywalny i schematyczny jest styl, tym większe prawdopodobieństwo, że powstał z pomocą AI. Twórcy narzędzia sami przyznają jednak, że nie daje ono stuprocentowej pewności.
Ciekawszy eksperyment przeprowadził w styczniu prof. Wojciech Baluch z Wydziału Polonistyki UJ, który zamiast zakazywać ChatGPT na egzaminie, otworzył go oficjalnie. Studenci Wiedzy o Teatrze i performatyki bronili tez w formie debaty oksfordzkiej, mając pół godziny na przygotowanie argumentów z jawnym dostępem do ChatGPT. Profesor argumentuje, że hipokryzją jest pozwalać naukowcom na używanie AI do pracy badawczej, a studentom odbierać to samo narzędzie, skoro to właśnie oni będą pracować w świecie, w którym AI jest standardem branżowym.
Różnica między podejściem Serrano a Balucha jest pouczająca. Jeden traktuje AI jako zagrożenie do wykrycia i ukarania, drugi jako fakt do zaakceptowania i wbudowania w formę egzaminu. Obie strategie łączy jedno rozpoznanie: klasyczna praca pisemna do zrobienia bez nadzoru przestaje być wiarygodnym sposobem sprawdzania wiedzy. Polskie uczelnie, które dopiero zaczynają formalizować zasady dotyczące AI w regulaminach studiów, będą musiały wybrać, w którą stronę pójść, zanim zrobi to za nie skala problemu.
Źródła i metodologia
Artykuł powstał na podstawie analizy redakcji AIPORT.pl oraz dodatkowych źródeł, w tym artykułu Inside Higher Ed z dnia 08.07.2026 oraz materiałów PurePC.pl i Spider’s Web dotyczących sytuacji na Princeton i Uniwersytecie Jagiellońskim. Dane dotyczące skali zjawiska w Wielkiej Brytanii i USA pochodzą z badań HEPI/Kortext Student Generative AI Survey oraz doniesień o testach Uniwersytetu Reading. Komentarz redakcyjny i ocena kontekstu branżowego: Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl. Artykuł będzie aktualizowany w miarę rozwoju sprawy na Brown University i decyzji komitetu ds. akademickiego kodeksu tej uczelni.
