Niemal co czwarty uczeń ostatniej klasy prestiżowego katolickiego liceum w Melbourne stanął przed komisją dyscyplinarną. Nie za przemoc, nie za narkotyki. Za to, że skorzystał z AI podczas ustnego egzaminu z języka angielskiego. To już nie jest historia o kilku wyjątkach. To sygnał systemowy, który powinien zapalić czerwone lampki nie tylko w Australii.
Kluczowe fakty:
- Co najmniej 50 uczniów Mazenod College w Melbourne miało obniżone oceny za ustne prezentacje egzaminacyjne z języka angielskiego po tym, jak nauczyciele wykryli wykorzystanie AI do przygotowania wystąpień.
- Nieprawidłowości wyszły na jaw podczas rutynowej weryfikacji wewnętrznej – nauczyciele zauważyli, że prezentacje uczniów były znacznie bardziej płynne i ustrukturyzowane niż ich dotychczasowy poziom językowy.
- Dyrektor szkoły dr Paul Shannon potwierdził wdrożenie procedur dyscyplinarnych i zgłoszenie sprawy do Victorian Curriculum and Assessment Authority (VCAA).
Jak to wyszło na jaw
Sprawa wyszła na jaw podczas rutynowej weryfikacji wewnętrznej. Nauczyciele zauważyli niepokojące rozbieżności między dotychczasowym poziomem językowym uczniów a niemal doskonałymi prezentacjami, które ci nagle zaczęli wygłaszać. Zbyt płynne, zbyt ustrukturyzowane, zbyt… inne niż to, co znali od tych chłopców przez ostatnie lata nauki.
Co najmniej 50 uczniów Mazenod College, niezależnej katolickiej szkoły dla chłopców w Melbourne, miało obniżone oceny za prezentacje ustne po tym, jak nauczyciele odkryli, że używali AI do napisania swoich wystąpień.
Mazenod College to prestiżowa szkoła katolicka dla chłopców w dzielnicy Mulgrave, na wschodzie Melbourne. Nie jest to szkoła z marginesu. Liczy ponad 1400 uczniów, a jej dyrektor to dr Paul Shannon. Szkoła regularnie plasuje się w górnej połowie rankingów wiktoriańskich, z medianą wyników VCE na poziomie 33 punktów.
Dyrektor Paul Shannon potwierdził, że zostały wdrożone odpowiednie procedury i że sprawa została zgłoszona do Victorian Curriculum and Assessment Authority (VCAA). Shannon podkreślił znaczenie rzetelności akademickiej, zaznaczając, że egzaminy mają odzwierciedlać własne rozumienie i samodzielne myślenie ucznia.
Brzmi odpowiedzialnie. I pewnie jest. Ale mam z tym problem.
Uczniowie kontra system, który ich nie przygotował
At least 50 pupils from Mazenod College, an independent Catholic boys school in Melbourne, have had marks deducted from their oral presentation after teachers caught them using AI to write their speech. pic.twitter.com/IMxY5zGWex
— Anne Tootill (@toot5000) June 9, 2026
Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl:
Czytam tę historię i rozumiem, dlaczego szkoła musiała zareagować tak, jak zareagowała. Zasady są zasadami. Ale jest w tym coś głęboko niekomfortowego: ci uczniowie dorastali z AI na wyciągnięcie ręki. Nikt ich nie nauczył wyraźnej granicy między „narzędziem wspierającym naukę” a „narzędziem zastępującym pracę własną”. Szkoły przez lata powtarzały, że AI to przyszłość. A potem urządziły egzamin, który zakłada, że tej przyszłości jeszcze nie ma.
Nie bronię ściągania. Oceny powinny być obniżone, jeśli złamano regulamin. Ale skala tego incydentu, blisko 25% rocznika, mówi mi jedno: to nie jest problem złych uczniów. To problem systemowy. I dopóki szkoły nie zmienią podejścia do oceniania w erze AI, będziemy czytać kolejne takie newsy. Co miesiąc. Z różnych stron świata.
Mimo że niemal ćwierć maturzystów była zamieszana w sprawę, szkoła nie uznała, że doszło do zorganizowanej akcji. I to jest może najbardziej wymowny szczegół w całej historii. Nie zmówili się. Po prostu każdy z osobna doszedł do tego samego wniosku: tak można. I tak zrobił.
Australijski system egzaminacyjny pod presją
VCAA, czyli organ odpowiedzialny za nadzór nad egzaminami i ocenianiem w stanie Wiktoria, musiał interweniować. Jego wytyczne wprost stanowią, że nieautoryzowane użycie AI stanowi poważne naruszenie zasad rzetelności akademickiej i może skutkować całkowitym unieważnieniem wyniku ATAR ucznia, czyli australijskiego odpowiednika naszej matury i wynikowej punktacji na studia. Dla uczniów klasy maturalnej to nie jest abstrakcja. To ich przyszłość.
Problem w tym, że:
- VCAA w dużej mierze deleguje odpowiedzialność za wykrywanie naruszeń na poszczególne szkoły
- eksperci twierdzą, że nauczyciele, którzy znają swoich uczniów, są skuteczniejszą linią obrony niż automatyczne narzędzia do wykrywania AI
- według badań Uniwersytetu w Reading aż 94% prac wygenerowanych przez AI wciąż pozostaje niewykryta
W Melbourne wyszło na jaw, bo nauczyciele znali swoich uczniów. Ale ile razy takie rzeczy nie wychodzą?
Wyścig zbrojeń, który system edukacji przegrywa
To nie jest australijski problem. Liczba incydentów związanych z nieuczciwym użyciem AI wzrosła z 1,6 do 7,5 przypadków na 1000 uczniów między 2022 a 2026 rokiem, co oznacza wzrost o niemal 400% w ciągu zaledwie trzech lat.
Wśród amerykańskich nastolatków w wieku 13-17 lat już 54% używa chatbotów AI do nauki, a 10% używa AI do odrabiania wszystkich lub większości zadań domowych. Jeśli myślimy, że w Polsce czy w Europie jest inaczej, to mamy problem z rzeczywistością.
Brytyjskie stowarzyszenie ACCA ogłosiło pod koniec 2025 roku, że od marca 2026 rezygnuje z rutynowych egzaminów online. Prezes organizacji wprost stwierdził, że technologie ściągania przerosły istniejące zabezpieczenia.
W samej Australii, na poziomie uczelni wyższych, Australijski Uniwersytet Katolicki zawiesił automatyczne egzekwowanie polityki anty-AI po skandalu z fałszywymi oskarżeniami w 2025 roku. Tysiące studentów zostało oskarżonych na podstawie wyników Turnitin, a część z nich musiała dostarczać odręcznie pisane próbki i historię wyszukiwania, żeby udowodnić niewinność.
To pokazuje jak głęboki jest ten dylemat. Szkoły, które chcą walczyć z AI-cheatingiem narzędziami automatycznymi, ryzykują fałszywe oskarżenia. Szkoły, które polegają na nauczycielach, potrzebują nauczycieli znających uczniów naprawdę dobrze. A to wymaga małych klas, czasu i zasobów, których większość szkół na świecie zwyczajnie nie ma.
Co teraz?
Skonfrontowani ze skalą kryzysu wizerunkowego, dyrekcja Mazenod College podjęła szybkie działania dyscyplinarne, indywidualnie rozmawiając z każdym z uczniów i systematycznie obniżając oceny za skompromitowane zadanie.
Uczniowie zapłacą cenę. I pewnie powinni. Ale prawdziwe pytanie brzmi inaczej: co zmieni się w sposobie projektowania egzaminów? Bo jeśli nic, za rok przeczytamy tę samą historię. Tylko z inną nazwą szkoły.
