Drogi nawóz, droga chemia, zmienny klimat i coraz mniej rąk do pracy. Polskie rolnictwo stoi przed wyzwaniami, które od lat narastają powoli, ale nieubłaganie. I właśnie w tym kontekście AI zaczyna robić w branży coś, co trudno zbagatelizować: pokazuje rolnikowi to, czego nie widzi z drogi ani z kabiny ciągnika.
Kluczowe fakty:
- Globalna wartość rynku AI w rolnictwie wynosi w 2026 roku 3,37 miliarda dolarów, co oznacza wzrost o ponad 24% rok do roku w porównaniu z 2,71 miliarda dolarów w 2025 roku.
- Polska jest najszybciej rosnącym rynkiem rolnictwa precyzyjnego w Europie, z przewidywanym tempem wzrostu na poziomie 7,8% rocznie do 2031 roku.
- Według raportu SRIA 2025, tylko 25% gospodarstw rolnych w UE korzysta z przynajmniej jednej technologii rolnictwa precyzyjnego, choć w 2019 roku wskaźnik ten wynosił jedynie 15%.
Nie ma tu żadnej rewolucji w stylu science fiction. Żadnych autonomicznych robotów zbierających pszenicę (przynajmniej nie na masową skalę). Chodzi o coś prostszego i bardziej użytecznego: dane, obrazy i algorytmy, które pomagają podejmować lepsze decyzje zanim problem stanie się widoczny gołym okiem.
Rynek rośnie szybko. Polska też
Zacznijmy od liczb, bo są naprawdę wymowne. Globalna wartość rynku AI w rolnictwie wynosi w 2026 roku 3,37 miliarda dolarów i wzrosła z 2,71 miliarda w roku 2025. To wzrost o ponad 24% rok do roku. Długoterminowe prognozy mówią o ponad 8 miliardach dolarów do 2030 roku.
W Europie też nie stoimy w miejscu. Europejski rynek rolnictwa precyzyjnego jest wyceniany w 2026 roku na 2,62 miliarda dolarów i ma osiągnąć 4,75 miliarda do 2031 roku. Polska jest przy tym najszybciej rosnącym rynkiem w tej kategorii, z przewidywanym tempem wzrostu 7,8% rocznie przez cały ten okres.
Brzmi nieźle. Ale tu pojawia się pytanie, które zadaję sobie od dawna: czy te pieniądze trafiają rzeczywiście do pól, czy tylko do folderów inwestorskich?
Według raportu SRIA 2025, zaledwie 25% gospodarstw rolnych w UE korzysta z przynajmniej jednej technologii rolnictwa precyzyjnego. Jeszcze w 2019 roku było to 15%. Wzrost jest, ale jesteśmy jeszcze bardzo daleko od powszechnego wdrożenia.
Kamera zamiast objazdu pola
Jednym z ciekawszych przykładów, które obserwuję, jest podejście startupów takich jak Cropler. Zamiast klasycznego monitoringu z drona lub satelity, który daje widok z góry na całe pole raz na kilka dni, tutaj kamera zamontowana bezpośrednio na polu wykonuje zdjęcia konkretnych roślin kilka razy dziennie. Mała, zasilana solarnie, obserwuje zmiany na poziomie pojedynczych okazów.
AI przetwarza te obrazy, szuka symptomów chorób, stresu wodnego, uszkodzeń liści, nieprawidłowych faz wzrostu. Efekt? Według danych producenta, takie rozwiązanie może ograniczyć liczbę bezpośrednich wizyt w polu nawet o połowę i poprawić efektywność stosowania środków ochrony roślin o 30%.
Trudno to zweryfikować niezależnie. Ale kierunek jest właściwy.
SatAgro i polskie pole widziane z kosmosu
W Polsce takie myślenie o danych satelitarnych w rolnictwie ma już pewną historię. Platforma SatAgro, opierająca się między innymi na danych z satelity Sentinel-2, od kilku lat pomaga polskim rolnikom monitorować kondycję upraw z orbity. Zamiast jednej „zielonej powierzchni”, rolnik widzi mapę stref: które części pola dobrze rokują, a które wymagają uwagi.
To ważna zmiana w myśleniu. Bo pole nie jest jednorodne, nigdy nie było. Ale przez dekady brakowało narzędzi, żeby tę niejednorodność skutecznie zobaczyć i wykorzystać. Teraz można.
Obserwuję tę branżę od kilku lat i widzę wyraźny podział: są rolnicy, którzy testują nowe technologie i szukają konkretnych korzyści ekonomicznych, i są tacy, dla których to wciąż brzmi jak gadżety dla bogatych gospodarstw z zachodu. Obie grupy mają rację po swojemu. Z jednej strony, koszt wdrożenia systemów AI w rolnictwie wciąż pozostaje barierą, szczególnie dla małych i średnich gospodarstw. Z drugiej, rosnące koszty nawozów, herbicydów i pracy sprawiają, że rachunek ekonomiczny zaczyna przemawiać za technologią coraz wyraźniej. Pytanie brzmi nie „czy”, ale „kiedy i dla kogo” ta zmiana stanie się dostępna. I co zrobi polityka rolna, żeby nie zostawić mniejszych gospodarstw z tyłu.
Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl
Aplikacja robi to, co kiedyś robił doradca
Jednym z najbardziej praktycznych zastosowań AI w rolnictwie jest rozpoznawanie chorób roślin ze zdjęć. Rolnik robi telefonem zdjęcie liścia z podejrzanymi plamami. Aplikacja analizuje obraz i sugeruje, co może być przyczyną.
Brzmi prosto. Ale zanim to działało, potrzeba było setek tysięcy oznaczonych zdjęć i solidnych algorytmów.
Najlepiej udokumentowanym przykładem jest PlantVillage Nuru, narzędzie rozwijane z myślą o rolnikach w Afryce, głównie do diagnozowania chorób manioku. Badania z 2020 roku pokazały, że aplikacja osiągała trafność na poziomie 65% przy diagnozowaniu objawów chorób. Dla porównania: terenowi doradcy rolni uzyskiwali 40-58%, a sami rolnicy 18-31%. Aplikacja biła ekspertów. To jest informacja, która powinna dać do myślenia.
Podobnie działa Plantix, dostępna w wielu krajach, która diagnozuje nie tylko choroby, ale też niedobory składników i problemy z zarządzaniem uprawą.
John Deere i 117 milionów litrów zaoszczędzonego herbicydu
Najbardziej spektakularny przykład ze świata dużych maszyn pochodzi od John Deere. Technologia See & Spray używa zamontowanych na opryskiwaczu kamer i procesorów do skanowania pola w czasie rzeczywistym. System rozpoznaje chwasty i uruchamia tylko te dysze, które faktycznie są nad chwastami. Reszta pozostaje zamknięta.
W sezonie 2025 technologia była używana na ponad 5 milionach akrów pól. Rolnicy ograniczyli zużycie herbicydów nieselektywnych średnio o blisko 50%, oszczędzając niemal 31 milionów galonów mieszaniny herbicydowej. To ponad 117 milionów litrów. Liczba, która mówi sama za siebie.
Niezależne badania przeprowadzone przez naukowców z siedmiu stanów USA wykazały, że użycie See & Spray przekładało się na średni wzrost plonów o 2 buszle na akr, z wynikami sięgającymi 4,8 buszla na akr w najlepszych przypadkach.
Oczywiście, to dane producenta i zamawianych przez producenta badań. Zachowuję ostrożność. Ale skala wdrożenia i liczby są na tyle konkretne, że trudno je zupełnie zbagatelizować.
Co jeszcze widzi AI, a co umyka człowiekowi
Zebranie całości w kilka punktów:
- Stres wodny – algorytmy uczenia maszynowego połączone z danymi termicznymi i multispektralnymi mogą wykryć problem z nawodnieniem, zanim rośliny pokażą widoczne objawy
- Zmienność w obrębie pola – mapy roślinności ujawniają strefy, które regularnie dają gorsze wyniki i wymagają innego traktowania
- Choroby i szkodniki – wczesne sygnały widoczne na obrazach z kamer lub zdjęciach aplikacji mobilnej
- Szacowanie plonów – porównanie aktualnego stanu z danymi historycznymi i modelami predykcyjnymi
- Optymalizacja zabiegów – kiedy i gdzie opryskiwać, nawozić, sprawdzać
Dane z 2025 roku wskazują, że gospodarstwa korzystające z AI i rolnictwa precyzyjnego osiągają wzrost plonów na poziomie 15-20% i redukują zużycie wody nawet o 30% w porównaniu z metodami konwencjonalnymi.
Bariera jest realna, ale maleje
Nie ma sensu udawać, że to wszystko jest już dostępne dla przeciętnego polskiego rolnika z 50 hektarami pod Lublinem. Koszt sprzętu, dostęp do internetu na wsi, poziom cyfryzacji samych gospodarstw, brak specjalistów, którzy potrafią te dane interpretować – to są realne przeszkody.
Ale widać, że rynek reaguje. Coraz więcej rozwiązań jest dostępnych w modelu subskrypcji, coraz więcej aplikacji działa na zwykłym smartfonie, a fundusze z Wspólnej Polityki Rolnej coraz częściej uwzględniają wsparcie dla technologii precyzyjnych.
Cel smart farmingu jest konkretny: 10-15% niższe koszty nawożenia dzięki aplikacji zmiennych dawek, mniejsza liczba przejazdów maszyn i w pełni ustrukturyzowana dokumentacja zgodna z wymogami unijnymi.
Technologia jest. Dane są. Pytanie, ile czasu zajmie dotarcie do tych, którzy mogliby z niej skorzystać najbardziej. I czy dotrze, zanim koszty produkcji rolnej sprawią, że dla wielu gospodarstw będzie już za późno.
