Na całym świecie trwa wyścig o stworzenie powszechnie rozpoznawalnego oznaczenia dla produktów i usług wolnych od sztucznej inteligencji. Napisy „Proudly Human”, „Human-made”, „No A.I” i „AI-free” zaczynają pojawiać się na filmach, w materiałach marketingowych, na okładkach książek i stronach internetowych.
To bezpośrednia odpowiedź na rosnące obawy, że AI systematycznie wypiera ludzi z kolejnych zawodów i całych branż.
Wiele inicjatyw, brak jednego standardu
BBC News naliczyło co najmniej osiem różnych inicjatyw, które próbują wypracować oznaczenie porównywalne rozpoznawalnością do logo „Fair Trade” stosowanego przy produktach wytwarzanych etycznie. Organizacje te to zarówno firmy komercyjne, jak i organizacje non-profit z Wielkiej Brytanii, Australii i Stanów Zjednoczonych.
Problem w tym, że każda z nich działa według własnych zasad.
Część etykiet, jak te oferowane przez no-ai-icon.com, ai-free.io czy notbyai.fyi, można pobrać za darmo lub za opłatą, praktycznie bez żadnej weryfikacji. Inne systemy, jak aifreecert, wymagają płatności i przeprowadzają rygorystyczny proces audytu, korzystając zarówno z ludzkich analityków, jak i oprogramowania wykrywającego treści generowane przez AI.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że ta wielość inicjatyw to jednocześnie dobry i zły sygnał. Dobry, bo pokazuje realny popyt na transparentność i ludzką autentyczność w dobie AI. Zły, bo bez jednego standardu cały ruch może skończyć się chaosem, w którym konsument nie wie, czemu ufać. Certyfikat „human-made” może być wart tyle, co nalepka naklejona samodzielnie na produkt. Pytanie, kto miałby pełnić rolę globalnego arbitra? Unia Europejska? Jakaś branżowa koalicja? A może nikt i rynek sam to wyreguluje?
Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl
AI jest spektrum, nie przełącznikiem
Eksperci zwracają uwagę na fundamentalny problem. Sasha Luccioni, badaczka AI, przyznaje wprost:
„AI is now so ubiquitous and so integrated into different platforms and services, that it’s truly complicated to establish what 'AI free’ means.”
I dodaje, że potrzebne są bardziej kompleksowe systemy certyfikacji, nie proste zero-jedynkowe podejście „AI / bez AI”.
Dr Amna Khan z Manchester Metropolitan University też nie pozostawia złudzeń: „A universal definition is essential to build trust, clarification and confidence.”
Film i książka jako pierwsze pola bitwy
Przemysł artystyczny stał się jak dotąd główną areną tej batalii. Część twórców i dystrybutorów zaczyna traktować brak AI jako atut marketingowy.
W napisach końcowych thrillera „Heretic” z Hugh Grantem z 2024 roku producenci zamieścili informację, że przy realizacji filmu nie użyto generatywnej AI. Dystrybutor The Mise en scène Company poszedł o krok dalej, umieszczając na plakacie swojego najnowszego filmu stosowną pieczątkę. CEO Paul Yates tłumaczy to wprost:
„We support the AI industry and we think its an exciting time but we think that as a result of AI content there is an economic premium put on human-made content and we want to lean into that.”
Równolegle na rynku filmowym działa studio Intelliflicks, które specjalizuje się w produkcji filmów tworzonych w całości przy pomocy AI i otwarcie się tym chwali. To zresztą ciekawy paradoks całej sytuacji: jedni chcą się odciąć od AI etykietką, drudzy budują na tym całą tożsamość marki.
W świecie wydawniczym gigant Faber & Faber wprowadził pieczątkę „Human Written” na wybranych książkach. Jako pierwsza otrzymała ją powieść „Helm” Sary Hall. Autorka nie pozostawia wątpliwości co do swojego stosunku do trenowania modeli AI na cudzych dziełach, opisując to jako „creative larceny at scale.” Faber nie ujawnił jednak, jak dokładnie weryfikuje, czy dana książka rzeczywiście nie zawiera treści generowanych przez AI.
Kto pilnuje pilnujących?
Na tym właśnie polega największy problem.
Firmy takie jak australijskie Proudly Human czy brytyjskie Books by People oferują bardziej rygorystyczne procesy audytowe, obejmujące weryfikację na każdym etapie produkcji. Books by People wymaga od wydawców wypełnienia ankiet dotyczących stosowanych praktyk i regularnie sprawdza próbki książek pod kątem śladów AI.
Założyciel Proudly Human, Alan Finkel, przyznaje, że branżowe próby samodzielnego znakowania treści AI do tej pory spełzły na niczym:
„A certification of 'human origin’ is needed but self certification is not good enough so we have a full verification process to make sure that its truly human originated material.”
Warto pamiętać, że ruch ten nie jest też monolitem jeśli chodzi o motywację. Wśród zwolenników etykiet „AI-free” znajdziemy:
- twórców, którzy obawiają się o swoje miejsca pracy i źródła utrzymania,
- konsumentów, którzy chcą mieć pewność co do autentyczności kupowanych treści,
- firmy, które widzą w tym niszę rynkową i chcą pobierać premię za „ludzkie” produkty,
- branże, które próbują wyprzedzić regulacje prawne.
Wyścig trwa, meta jeszcze daleko
Choć ruch nabiera tempa, eksperci zgadzają się, że bez jednego, uznanego standardu cały wysiłek może okazać się niewystarczający. Świat walczył latami o to, żeby logo „Fair Trade” coś znaczyło. Certyfikacja produktów „human-made” stoi przed podobnym wyzwaniem, tyle że w środowisku znacznie bardziej dynamicznym i technicznie trudniejszym do audytu.
Na razie mamy osiem różnych etykietek i brak globalnego arbitra. Wyścig trwa.
