Prof. Aleksandra Przegalińska, prorektorka ds. innowacji w Akademii Leona Koźmińskiego i jedna z niewielu polskich badaczek AI z realnym dorobkiem naukowym na Harvardzie, mówi to wprost: wybieranie zawodu tylko dlatego, że „AI go nie tknie”, to strategia zbudowana na strachu, a nie na rozsądku. I trudno się z tym nie zgodzić. Obserwuję tę panikę od kilku lat. Rodzice pytają, co dziecku wybrać na studia. Maturzyści szukają „bezpiecznej przystani”. Wszyscy zakładają, że da się dziś wybrać zawód z gwarancją odporności na automatyzację. Ale świat nie działa jak ubezpieczenie.
Kluczowe fakty:
- Prof. Aleksandra Przegalińska z Akademii Leona Koźmińskiego krytykuje strategię wybierania zawodu wyłącznie ze względu na odporność na automatyzację, wskazując, że praca pełni funkcję sensotwórczą i jest częścią tożsamości człowieka.
- Liczba profili na LinkedIn z tytułem „Prompt Engineer" spadła o 40% w ciągu zaledwie dziewięciu miesięcy – od połowy 2024 do początku 2025 roku.
- Przegalińska przewiduje, że podstawowa umiejętność tworzenia promptów stanie się standardem edukacyjnym na poziomie liceum, ponieważ modele językowe coraz lepiej rozumieją ludzi bez potrzeby specjalistycznego pośrednictwa.
Przegalińska podkreśla, że praca ma wymiar sensotwórczy. Nie jest tylko źródłem zarobku. To część tożsamości, struktury dnia, powód do wstania rano. I tutaj jej diagnoza brzmi bardzo trzeźwo: powiedzenie ludziom, że są już niepotrzebni i należy im się „cyfrowa jałmużna” to nie jest wizja przyszłości. To degradacja. Nie bez powodu badaczka odnosi się wprost do narracji płynącej z Doliny Krzemowej, gdzie wizja powszechnego dochodu podstawowego jako panaceum na bezrobocie wywołane przez AI zyskuje coraz więcej zwolenników, w tym Elona Muska.
Prompciarz: zawód, który narodził się i umarł w tej samej dekadzie
No i tu dochodzimy do sedna, bo przez ostatnie dwa lata chyba nikt nie był bardziej mitologizowany na rynku pracy niż tzw. prompt engineer. Kursy za kilka tysięcy złotych, oferty pracy z pensjami rzędu 300 000 dolarów rocznie w USA, LinkedIn pełen nowych „specjalistów od promptowania”. Dane samego LinkedIna nie pozostawiają jednak złudzeń: liczba profili z tytułem Prompt Engineer spadła o 40% w ciągu zaledwie dziewięciu miesięcy, od połowy 2024 do początku 2025 roku.
Przegalińska przewiduje, że za kilka lat podstawowa wiedza o tworzeniu promptów stanie się standardem edukacyjnym, może nawet na poziomie liceum. Skończy się era, gdy samo „umiem rozmawiać z ChatGPT” wystarczyło, żeby dostać etat. Modele językowe uczą się rozumieć ludzi coraz lepiej. Im lepiej to robią, tym mniej potrzeba etatowego specjalisty od pisania zapytań. Microsoft Work Trend Index 2025 stawia sprawę jasno: prompt engineering to nie stanowisko, lecz zestaw umiejętności, który staje się po prostu oczekiwanym standardem w środowisku pracy napędzanym przez AI.
Teraz liczą się architekci systemów. Osoby, które rozumieją, jak budować agentowe przepływy pracy, jak projektować środowiska, w których kilka modeli AI współdziała jak team. To bliżej programowania niż „rozmawiania z chatbotem”.
Obserwuję ten rynek od lat i mam mieszane uczucia. Z jednej strony dobrze, że młodzi w ogóle myślą o kompetencjach AI – to lepsze niż ignorowanie tematu. Ale budowanie kariery wyłącznie wokół jednej, wąskiej umiejętności technicznej, która zmienia się co 18 miesięcy, to ryzykowna strategia. Prompciarz jako zawód miał rację bytu w momencie przejściowym, gdy firmy uczyły się tej technologii. Ten moment mija. Pytanie, które naprawdę powinien sobie zadać każdy planujący karierę, brzmi: jaką unikalną wartość wnoszę do systemu, której nie można zastąpić kolejnym modelem? I nie chodzi o odpowiedź techniczną. Chodzi o odpowiedź ludzką.
Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl
Co mówi prezes Anthropic i dlaczego warto słuchać uważnie
Przegalińska powołuje się na Dario Amodeia, prezesa Anthropic. I to ciekawy wybór, bo Amodei należy jednocześnie do grupy budowniczych AI i do nielicznych w tej branży, którzy mówią głośno o ciemnych stronach tej rewolucji. W rozmowie z serwisem Axios stwierdził, że do 2030 roku połowa pracowników biurowych może stracić pracę, a globalne bezrobocie może sięgnąć 10-20 procent. Dodał, że rządy unikają tego tematu, więc on czuje się zobligowany mówić o tym sam.
Teza jest prosta: kiedy AI przejmuje 80% rutynowych zadań, zostają decyzje strategiczne i zadania wymagające głębokiego kontekstu. Z tych 20% może wyrosnąć masa nowych specjalizacji. Zawody, których dziś jeszcze nie ma nazwy. Analogia jest stara jak rewolucja przemysłowa. Zgodnie z danymi McKinsey z raportu „The State of AI in 2025”, 88% firm już wdraża rozwiązania sztucznej inteligencji. Pytanie nie brzmi więc „czy AI zmieni rynek pracy”, lecz „jak szybko i co z tego wyniknie dla konkretnych ludzi”.
Rzemiosło wróciło do łask. I to nie przypadek
Jest jeszcze jeden wątek, który Przegalińska porusza i który lubię za jego zdrowy rozsądek. Zawody fizyczne, rzemieślnicze, stolarstwo, metaloplastyka, budownictwo, opieka nad człowiekiem, nie są wcale gorszym wyborem w erze AI. Są po prostu inne. I trudniejsze do automatyzacji w krótkim horyzoncie czasowym. To nie jest odkrycie roku. Ale warto to powiedzieć wprost, bo przez ostatnią dekadę polskie szkolnictwo zawodowe było traktowane jak plan B dla tych, którzy „nie dostali się na studia”. Rzeczywistość weryfikuje te uprzedzenia brutalnie.
Kilka rzeczy, które AI na razie nie zrobi za hydraulika:
- przyjechać na awarię o 23:00,
- ocenić na miejscu, co naprawdę jest nie tak,
- wziąć odpowiedzialność za wadliwy montaż,
- zbudować relację zaufania z klientem przez lata.
Dane mówią same za siebie
W roku akademickim 2024/2025 na polskich uczelniach kształciło się ponad 1,2 miliona osób, według GUS. Jednocześnie, jak podaje Eurostat, w 2025 roku prawie 63,8% mieszkańców Unii Europejskiej w wieku 16-24 lat korzystało z narzędzi AI. To prawie dwukrotnie więcej niż w przypadku ogólnej populacji (32,7% osób w wieku 16-74 lata). Czyli młodzi są w AI. Pytanie, czy są w niej mądrze.
Przegalińska uczestniczy od marca 2026 roku w Radzie Przyszłości przy Premierze Donaldzie Tusku, co pokazuje, że jej głos nie jest tylko akademicki. Ktoś w rządzie najwyraźniej uznał, że warto wsłuchać się w to, co mówi o rynku pracy i edukacji.
I może właśnie o to chodzi. Nie o wybór „bezpiecznego zawodu”. Ale o zrozumienie, jak myśleć o pracy w świecie, który zmienia się szybciej niż cykl studiów. Bo za cztery lata, kiedy dzisiejszy maturzysta skończy licencjat, narzędzia AI będą inne, rynek będzie inny, a lista „zawodów przyszłości” znów się zdezaktualizuje. Zostaje tylko jedno: zdolność do uczenia się i gotowość do zmiany. To nie brzmi jak rewolucja. Ale jest jedyną sensowną odpowiedzią, jaką znam.
