Na filmach, okładkach książek, stronach internetowych i materiałach reklamowych coraz częściej pojawia się napis: „Proudly Human”, „No A.I.” albo „AI-free”. To nie przypadek. Trwa wyścig o stworzenie globalnego certyfikatu potwierdzającego, że dane dzieło powstało bez udziału sztucznej inteligencji, a stawką jest zaufanie konsumentów i przyszłość ludzkiej kreatywności.
Dlaczego w ogóle tego potrzebujemy?
Coś nieoczekiwanego dzieje się w kreatywnej ekonomii: „human-made” staje się punktem sprzedaży. W miarę jak generatywna AI zalewa rynek wydawniczy, filmowy, muzyczny i reklamowy treściami wyprodukowanymi maszynowo, rośnie koalicja firm, organizacji non-profit i twórców, którzy chcą zbudować odpowiednik znaku Fair Trade — wiarygodne oznaczenie mówiące konsumentom, że produkt stworzył człowiek, a nie prompt.
Problem jest jednak realny i techniczny. Jak ujął to badacz AI Sasha Beguš: „Any creative output today can be touched by AI in one way or another without us being able to prove it / Każdy efekt twórczy dziś może być dotknięty przez AI w taki czy inny sposób, bez możliwości udowodnienia tego.” Granica między „wspomaganym przez AI” a „wolnym od AI” jest coraz trudniejsza do wyznaczenia.
Co najmniej osiem konkurujących standardów
Przynajmniej osiem organizacji z Wielkiej Brytanii, USA i Australii opracowuje konkurujące certyfikaty „AI-free” lub „human-made” dla produktów kreatywnych. Schematy wahają się od bezpłatnych logo do pobrania z minimalną weryfikacją po płatne usługi audytorskie sprawdzające rękopisy na każdym etapie produkcji.
Mamy więc do czynienia z całym spektrum podejść:
- Not By AI (notbyai.fyi) — odznaka do pobrania, dopuszcza do 10% udziału AI w projekcie, brak zewnętrznej weryfikacji
- Proudly Human — australijski system z audytorami sprawdzającymi każdy etap, od rękopisu po finalny ebook
- Books by People — kwestionariusze dla wydawców, okazjonalne próbki
- aifreecert / MindStar — płatny model, rygorystyczna weryfikacja z analitykami i narzędziami do wykrywania AI
- Authors Guild — certyfikat „human authored” dedykowany wyłącznie twórczości pisanej
- Proof I Did It — podejście oparte na blockchainie, niezmienialny cyfrowy certyfikat
Nie wszystkie certyfikaty są równorzędne, a luka między najbardziej a najmniej rygorystycznymi jest znacząca. Serwisy takie jak no-ai-icon.com i notbyai.fyi pozwalają każdemu pobrać i samodzielnie nakleić odznakę, przy minimalnej lub zerowej zewnętrznej weryfikacji.
Rynek chce sygnału, ale który?
Wydawnictwo Faber and Faber zaczęło umieszczać znaczek „Human Written” na wybranych tytułach, m.in. na powieści Helm Sarah Hall. Hall opisała trenowanie AI na chronionych prawem autorskim książkach jako „creative larceny at scale / kradzież twórczą na skalę przemysłową” i sama poprosiła o to oznaczenie. Faber nie ujawnił jednak publicznie, jak definiuje „Human Written” ani jakim audytom poddaje tytuły.
To sedno problemu.
Widzę w tym ruchu coś autentycznego i potrzebnego, ale też poważne ryzyko. Z jednej strony ludzie mają prawo wiedzieć, czy kupują pracę człowieka, czy output modelu językowego. Z drugiej strony, fragmentacja standardów może doprowadzić do sytuacji, w której „AI-free” znaczy cokolwiek, a certyfikat staje się ozdobnikiem marketingowym. Analogia z Fair Trade jest tutaj trafna, ale warto pamiętać, że Fair Trade potrzebował dekad, żeby stać się wiarygodnym. Kto ma czas na dekadę? I kto zapłaci za rzetelny audyt? To są pytania, na które branża kreatywna musi odpowiedzieć zanim nabijemy konsumentów w butelkę kolejnym pustym symbolem.
Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl
Blockchain, AI-detection i problem definicji
Rozwiązanie oferowane przez „Proof I Did It” opiera się na technologii blockchain, tworząc trwały rejestr, z którego każdy może korzystać, aby zweryfikować twórców i dzieła potwierdzone przez serwis. Przechowując weryfikację w blockchainie, twórcy otrzymują niemożliwy do podrobienia cyfrowy certyfikat.
Są też głosy wskazujące na fundamentalną trudność samej definicji. Badaczka AI Sasha Luccioni wskazuje wprost: AI jest teraz wbudowane w tak wiele codziennych narzędzi — sprawdzanie pisowni, autouzupełnianie, edycja zdjęć, tłumaczenie — że wyznaczenie wyraźnej granicy między „wspomaganym przez AI” a „wolnym od AI” jest technicznie bardzo trudne.
Najbardziej pragmatyczne podejście, do którego zdaje się zmierzać branża filmowa, polega na zawężeniu zakresu wyłącznie do generatywnej AI, czyli narzędzi tworzących tekst, obrazy, dźwięk lub wideo z promptów.
Kto wygra ten wyścig?
Hipoteza rynkowa leżąca u podstaw całego ruchu jest prosta: konsumenci, gdy zrozumieją różnicę, zapłacą więcej za zweryfikowaną ludzką twórczość — podobnie jak płacą za żywność ekologiczną czy kawę Fair Trade. Alan Finkel, założyciel Proudly Human, jest w tym przekonaniu wyraźny: certyfikacja przez samą branżę już zawiodła i tylko rygorystyczna weryfikacja przez niezależne podmioty może zbudować zaufanie, które przekłada się na realną premię cenową.
Jeśli celem jest osiągnięcie powszechnie uznawanego i egzekwowanego rozwiązania, standard musi zostać uzgodniony nie tylko przez twórców i platformy internetowe, ale też przez rządy i organy regulacyjne na całym świecie. Te rozmowy są obecnie nieliczne i rzadkie.
Wyścig trwa. I póki co nikt nie jest nawet blisko mety.
