Dziś w Białym Domu doszło do spotkania, które ma uspokoić miliony Amerykanów wściekłych na rosnące rachunki za prąd. Donald Trump zaprosił liderów największych firm technologicznych do podpisania tzw. Ratepayer Protection Pledge — zobowiązania, że centra danych AI nie będą podbijać kosztów energii zwykłym obywatelom.
Na liście sygnatariuszy: Amazon, Google, Meta, Microsoft, Oracle, OpenAI i xAI Elona Muska. Brzmi poważnie. Pytanie, czy za tym podpisem stoi cokolwiek realnego.
Obietnica kontra rzeczywistość
Trump obiecał wyborcom obniżenie cen energii o połowę w pierwszym roku swojej kadencji. Zamiast tego — ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych wzrosły średnio o 6% w 2025 roku. To nie jest dobry punkt startowy do rozmów o kolejnych obietnicach.
Tymczasem w orędziu do Kongresu 24 lutego prezydent ogłosił nowe zasady:
„We’re telling the major tech companies that they have the obligation to provide for their own power needs. They can build their own power plants as part of their factory so that no one’s prices will go up.”
Rzeczniczka Białego Domu Taylor Rogers dookreśliła to nieco bardziej konkretnie: firmy mają „build, bring, or buy their own power supply for new AI data centers.” Trzy opcje. Żadnych szczegółów.
Sieć energetyczna, której Waszyngton nie kontroluje
I tu zaczyna się prawdziwy problem. Rob Gramlich, prezes firmy doradczej Grid Strategies i były doradca ekonomiczny Federalnej Komisji Regulacji Energetyki (FERC), mówi wprost: Biały Dom nie ma tu jurysdykcji.
Sieć energetyczna w USA jest zdecentralizowana — każdy stan ma własne regulacje, własne komisje użyteczności publicznej i własne przepisy. Żeby zmusić deweloperów centrów danych do pokrycia kosztów nowej generacji energii, każdy stan musiałby osobno zatwierdzić odpowiednie regulacje.
„The White House can’t do that on its own. It doesn’t have any jurisdiction there and of course the technology companies can’t do that on their own either” — powiedział Gramlich.
Żeby Waszyngton mógł bezpośrednio wpłynąć na budowę nowych mocy wytwórczych, potrzebna byłaby, jak mówi Gramlich, „a new federal law.” A tego na razie nikt nie proponuje.
Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl: To klasyczny dylemat między ambicją technologiczną a polityczną rzeczywistością. Z jednej strony trudno kwestionować logikę: jeśli centra danych pochłaniają gigawaty energii, powinny płacić za infrastrukturę, którą obciążają. Z drugiej strony — dobrowolne zobowiązania bez mechanizmów egzekucji to bardziej gest PR niż polityka energetyczna. Zastanawiam się, czy to w ogóle możliwe do wdrożenia bez federalnej ustawy, skoro każdy stan rządzi się własnymi prawami w kwestii sieci energetycznej. I tu pojawia się otwarte pytanie: czy firmy podpisują coś, co zamierzają wypełnić, czy raczej coś, co brzmi dobrze na konferencji prasowej?
PJM: epicentrum kryzysu
Najgorzej wygląda sytuacja na obszarze obsługiwanym przez PJM Interconnection — największą sieć energetyczną w USA, obejmującą 13 stanów głównie w środkowo-atlantyckiej i środkowo-zachodniej części kraju. Według organizacji Monitoring Analytics, koszty zabezpieczenia dostaw energii na PJM wzrosły lawinowo, a $23 miliardy z tej kwoty można przypisać bezpośrednio centrom danych. Te koszty spływają na konsumentów.
Watchdog określił to jako „massive wealth transfer” — masowy transfer bogactwa od zwykłych odbiorców do sektora technologicznego.
Goldman Sachs prognozuje dalszy wzrost cen energii: kolejne 6% do końca 2026 roku i jeszcze 3% w 2028 roku.
Polityka robi swoje
Sprzeciw wobec centrów danych rośnie po obu stronach politycznej sceny. To rzadkie zjawisko w dzisiejszym Waszyngtonie:
- Gubernator Illinois JB Pritzker (Demokrata) zaproponował dwuletnie moratorium na ulgi podatkowe dla centrów danych
- Senator Bernie Sanders wzywa do całkowitego moratorium na ich budowę
- Gubernator Florydy Ron DeSantis (Republikanin) zaproponował przepisy regulujące centra danych i chroniące rodziny przed podwyżkami
Demokraci nie zostawili dziś Trumpowi spokoju. Senator Mark Kelly z Arizony skomentował to krótko w mediach społecznościowych:
„A handshake agreement with Big Tech over data center costs isn’t good enough. Americans need a guarantee that energy prices won’t soar and communities have a say.”
Bully pulpit zamiast prawa
Trump nie ma formalnych narzędzi, by wyegzekwować dzisiejsze zobowiązania. Ma jednak coś innego — polityczną dźwignię nad branżą, która potrzebuje jego przychylności: dostępu do federalnych gruntów pod budowę centrów danych, zwolnień celnych na chipy i generalnie administracyjnego spokoju.
Abe Silverman, były radca prawny komisji ds. użyteczności publicznej w New Jersey, ocenia to tak: „We’ve clearly seen this is a maximalist policy administration. There are reasons to think that this administration will be able to assert its will more directly than past administrations.”
Sekretarz energii Chris Wright powiedział dziennikarzom wprost: firmy technologiczne zostały ostrzeżone — jeśli opinia publiczna uzna, że to ich centra danych windują ceny prądu, czeka je polityczny odwet. „We want to see data centers developed. We want to see communities welcoming them.”
Trudno o bardziej czytelny komunikat: podpisujcie, bo alternatywa jest gorsza.
Co dalej?
Dzisiejsze podpisanie pledgu to dopiero początek. Prawdziwe pytanie brzmi: kto i w jaki sposób będzie egzekwować te zobowiązania na poziomie stanowym? Czy to zmusi firmy do rzeczywistych inwestycji w infrastrukturę energetyczną, czy skończy się na kilku konferencjach prasowych i ogłoszeniach o „partnerstwach z lokalnymi dostawcami energii”?
Wybory do Kongresu zbliżają się nieubłaganie. A rachunek za prąd wciąż rośnie.
