Branża AI potrzebuje ziemi. Dużo ziemi. I jest gotowa za nią słono płacić – tyle że nie wszyscy chcą sprzedawać. W ostatnich tygodniach przez amerykańskie media przetoczyła się fala historii o farmerach, którzy odrzucili oferty warte dziesiątki milionów dolarów od deweloperów budujących infrastrukturę dla sztucznej inteligencji.
Ida Huddleston, 82-letnia farmerka z Mason County w stanie Kentucky, pewnego majowego dnia otworzyła drzwi i stanęła przed dwoma mężczyznami z umową opiewającą na ponad 33 miliony dolarów. W zamian chcieli jej 650 akrów ziemi, którą rodzina uprawia od pokoleń. Reprezentowali – jak sami powiedzieli – firmę z listy Fortune 100, ale jej nazwy nie mogli zdradzić bez podpisania NDA. Szczegóły projektu? Również objęte klauzulą poufności. Huddleston nie musiała długo myśleć.
„You don’t have enough to buy me out. I’m not for sale. Leave me alone, I’m satisfied.”
Przynajmniej pięcioro jej sąsiadów odpowiedziało identycznie. Jednemu z nich powiedziano, że może sam zaproponować cenę. Odmówił.
Kto puka do drzwi farmerów?
Przeszukując publiczne rejestry, mieszkańcy Mason County ustalili, że ktoś złożył wniosek o dostarczenie 2,2 gigawata mocy z lokalnej elektrowni – niemal dwukrotność jej rocznej zdolności produkcyjnej. Układanka się złożyła: nieznana korporacja buduje data center.
To nie jest przypadek odosobniony. W Pensylwanii 86-letni Mervin Raudabaugh uprawiał swoją 261-akrową farmę w Silver Spring Township przez ponad 60 lat. Deweloperzy zaproponowali mu 60 000 dolarów za akr – łącznie ponad 15,7 miliona. Odmówił. Zamiast tego sprzedał prawa do zabudowy Lancaster Farmland Trust za niecałe 2 miliony dolarów, z gwarancją, że ziemia pozostanie rolnicza na zawsze.
„I was not interested in destroying my farms. That was the bottom line. It really wasn’t so much the economic end of it. I just didn’t want to see these two farms destroyed.”
W stanie Wisconsin farmer odrzucił ofertę wartą 80 milionów dolarów. W tym samym miesiącu.
Liczby, które dają do myślenia
Skala zapotrzebowania branży AI na ziemię jest ogromna. W ciągu najbliższych pięciu lat na nowe data centers na całym świecie potrzeba będzie łącznie 40 000 akrów tzw. powered land – terenów z dostępem do odpowiedniej infrastruktury energetycznej. To dwukrotnie więcej niż dziś jest w użyciu.
Tylko w USA działa już ponad 3 000 data centers. Kolejnych 1 200 jest właśnie w budowie.
Koszty dla lokalnych społeczności bywają mniej oczywiste niż ceny transakcyjne:
- Woda: Jeden hyperscale data center zużywa nawet 8 milionów galonów wody rocznie, głównie do chłodzenia serwerów. Farmerzy w Indianie i Oklahomie obawiają się dosłownego wysuszenia lokalnych zasobów wodnych.
- Prąd: Sąsiedztwo data center potrafi podnieść rachunki za energię okolicznych mieszkańców o 267% miesięcznie.
- Ceny ziemi: Gdy deweloperzy wchodzą na rynek, ceny gruntów rosną – co utrudnia farmerom dzierżawę lub zakup kolejnych pól.
- Ryzyko pożarowe: W Wolcott w Wisconsin, miasteczku liczącym 952 mieszkańców, straż pożarna jest ochotnicza. Data center przechowuje setki tysięcy galonów oleju napędowego dla generatorów awaryjnych.
Komentarz redaktora
Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl:
To jest jeden z tych tematów, przy których łatwo wpaść w pułapkę jednoznacznej narracji – albo wzruszająca historia farmerów broniących swojego dziedzictwa przed chciwymi korporacjami, albo przykład krótkowzrocznego oporu wobec nieuchronnego postępu. Prawda jest, jak zwykle, gdzieś pośrodku.
Z jednej strony – nikt nie powinien być zmuszony do sprzedaży ziemi, którą uprawiał przez pół wieku. Tożsamość kulturowa, więź z miejscem, poczucie obowiązku wobec kolejnych pokoleń – to są realne wartości, których nie wycenia żaden rynek. Z drugiej strony, infrastruktura AI musi gdzieś fizycznie stać. Ktoś musi dostarczyć prąd, wodę, przestrzeń. Pytanie, które powinniśmy zadawać głośno, brzmi inaczej: czy model polegający na wykupywaniu prywatnych gruntów farmerskich, często pod osłoną NDA i przez anonimowych pośredników, jest właściwym sposobem budowania infrastruktury krytycznej dla całej gospodarki? I czy społeczności lokalne powinny mieć cokolwiek do powiedzenia w sprawie tego, co wyrośnie obok ich studni?
„Only the land that’s preserved here is going to be here”
Mervin Raudabaugh powiedział po swojej decyzji coś, co brzmi jak ostrzeżenie: „Only the land that is preserved here is going to be here. The rest, every square inch, is going to get built on.”
Jeff Swinehart z Lancaster Farmland Trust potwierdza, że podobna postawa jest wśród farmerów coraz częstsza. „We see from many farm families their desire to ensure that that farm remains a farm forever and that it contributes to the local community and that local quality of life.”
Branża ma swoje argumenty – data centers tworzą miejsca pracy i wpływy podatkowe dla gmin. Lokalne władze w wielu przypadkach aktywnie zabiegają o takie inwestycje. W Wisconsin komik Charlie Berens, znany z platformy Manitowoc Minute, atakuje projekt Vantage Data Centers w Port Washington – 1 600 akrów, kampus o powierzchni 3,2 miliona stóp kwadratowych, zasilany energią wystarczającą do obsługi setek tysięcy domów. Część mieszkańców go popiera. Część protestuje.
Prawo i opór
Sprzeciw zaczyna przybierać formę legislacyjną. W Nowym Jorku złożono już propozycję trzyletnie moratorium na budowę nowych data centers. W Indianie farmerzy zaskarżają lokalne komisje za zatwierdzanie przekształceń gruntów rolnych pod zabudowę przemysłową – często przez urzędników, którzy sami podpisali NDA z deweloperami.
To nie jest już tylko kwestia sentymentu. To jest pytanie o to, kto decyduje o tym, jak wygląda Ameryka za 20 lat – i czy głos 82-letniej farmerki z Kentucky liczy się tyle samo co aplikacja o 2,2 gigawata mocy złożona przez anonimową spółkę.
