Administracja Trumpa wysłała wyraźny sygnał w stronę gigantów technologicznych – i tym razem nie chodzi o podatki ani regulacje AI. Chodzi o coś znacznie bardziej przyziemnego: rachunki za prąd, wodę i stabilność sieci energetycznej, którą centra danych Big Techu pożerają w ekspresowym tempie.
Peter Navarro, starszy doradca prezydenta ds. handlu i produkcji, wystąpił w programie „Sunday Morning Futures” na Fox News z komunikatem, który w branży technologicznej przeszedł jak prąd przez sieć. Stwierdził wprost, że wszystkie firmy budujące centra danych – wymieniając z nazwy Meta – muszą zacząć pokrywać pełne koszty swojej działalności. I to dosłownie: nie tylko faktury za energię elektryczną, ale też koszty utrzymania odporności sieci energetycznej i zużycie wody.
Navarro mówi wprost: koniec darmowej jazdy
Cytat z wypowiedzi Navarro mówi sam za siebie:
„They need to pay, not only pay for the electricity that they’re using on the grid, but they have to pay for the resiliency that they’re affecting as well. They need to pay for the water.”
Skala problemu jest realna. Ceny energii elektrycznej w USA wzrosły o 6,9% rok do roku w 2025 roku i nic nie wskazuje na to, żeby trend miał się odwrócić. Centra danych to w tej układance jeden z kluczowych winowajców – przynajmniej w narracji, którą Biały Dom chce sprzedać wyborcom przed wyborami połówkowymi w 2026 roku.
Microsoft już zareagował – Trump pochwalił się na Truth Social, że zawarł z firmą porozumienie gwarantujące, że Amerykanie nie będą „płacić za prąd Microsoftu” w postaci wyższych rachunków. Microsoft zobowiązał się też do uzupełniania wody zużywanej przez swoje centra danych. Meta natomiast odpowiedziała twardziej – stwierdziła, że już teraz sama opłaca energię i finansuje lokalne modernizacje infrastruktury.
„To jest temat, który rozumie każdy Amerykanin otwierający miesięczny rachunek za prąd” – mówi Piotr Wolniewicz, Redaktor Naczelny AIPORT.pl. – „Navarro gra sprytną kartę polityczną, bo odwraca uwagę od problemu inflacji jako całości i skupia ją na konkretnym, widzialnym wrogu: wielkich korporacjach technologicznych.
Z jednej strony – postulat, żeby firmy generujące gigantyczne zapotrzebowanie na energię ponosiły pełne koszty swojej działalności, jest uczciwy i ekonomicznie uzasadniony. Eksternalizacja kosztów to stary problem, który dotyka też energetyki konwencjonalnej. Ale z drugiej strony mam pytanie: czy administracja, która jednocześnie blokuje projekty wiatrowe na Wschodnim Wybrzeżu i chwali się budowaniem 'nowych, niezawodnych elektrowni’, ma spójną wizję polityki energetycznej? Bo brzmi to trochę jak gaszenie pożaru benzyną. I jeszcze jedno – te centra danych to miejsca pracy, inwestycje, suwerenność technologiczna USA w wyścigu z Chinami. Nadmierne obciążenia mogą wypchnąć część infrastruktury za granicę. Nikt nie mówi o tym głośno.”
Meta gra na dwóch fortepianach
Osobny, ale nieprzypadkowy wątek to personalne ruchy Meta w kierunku Białego Domu. W styczniu 2026 roku firma Zuckerberga mianowała Dinę Powell McCormick – byłą zastępczynię doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego w pierwszej administracji Trumpa – prezydentką i wiceprzewodniczącą firmy. Trump skomentował to na Truth Social entuzjastycznie, pisząc wielkimi literami, że to „świetny wybór”.
To nie jedyne takie zatrudnienie w ostatnich tygodniach. Meta ściągnęła też Curtisa Josepha Mahoneya jako nowego głównego radcę prawnego – wcześniej był zastępcą przedstawiciela USA ds. handlu w pierwszej kadencji Trumpa.
Firma wyraźnie buduje mosty z administracją, i to szybko. Strategia jest czytelna:
- zatrudnienie kluczowych ludzi z kręgów władzy,
- deklaracje miliardowych inwestycji w USA (Meta zapowiedziała co najmniej 600 miliardów dolarów do 2028 roku),
- rezygnacja z kontrowersyjnego programu fact-checkingu na rzecz modelu „community notes”,
- Zuckerberg regularnie gości w Mar-a-Lago.
Polityka i technologia – granica coraz cieńsza
Białemu Domowi zależy na tym, żeby AI race był wygrywany przez amerykańskie firmy. Jednocześnie – mając na oku wyborców – musi kogoś obwinić za wysokie rachunki za prąd. Wychodzi z tego specyficzny taniec: z jednej strony administracja naciska na Big Tech, żeby płacił więcej, z drugiej – pozwala mu inwestować setki miliardów i chwali każde nominowanie byłego trumpisty na stanowisko w korporacji.
Navarro nie podał żadnych szczegółów dotyczących tego, jak konkretnie rząd miałby „zmusić” firmy do internalizacji kosztów. Nie wiadomo, czy chodzi o nowe regulacje, specjalne podatki, czy po prostu o polityczną presję i PR. Szczegóły – jak to często bywa w tej administracji – mają przyjść później.
Jedno jest pewne: era, w której centra danych mogły rozrastać się bez publicznej debaty o kosztach zewnętrznych, właśnie się kończy. I nie tylko w USA.
